W oparach absurdu

To nie będzie post o knajpce na Pradze. To będzie o metrze. O otwarciu. Czwartej linii w Budapeszcie. A właściwie o tym, jak to przedstawia nasze prawactwo.

Zdecydowana większość prawactwa wybaczyła lub wytłumaczyła sobie “atomową” umowę Orbana z Putinem. Najważniejsze, że Orban nie lubi UE, lubi za to Kaczyńskiego. To wystarczy, by niemal bez względu na to, co robi, uchodził za bohatera, a każdy jego postępek okazuje się wielkim sukcesem.

Kilka dni temu premier Orban otworzył 4. linię budapesztańskiego metra. Dokładniej, jej pierwszy, liczący 7 km etap z centrum do dworca Kelenföld. Nieliczne prawackie media zauważyły to wtedy, większość – dopiero dziś, gdy na gazeta.pl pojawił się news o żarcie, jaki z tej okazji obsługa wycięła ukochanemu przywódcy.

Ale wszystkie rozpisują się teraz o wielkim sukcesie Orbana i mniej lub bardziej wprost sugerują, że i w tej sferze powinniśmy brać przykład z bratanków. W komentarzach nikt już tego w nic nie owija: Węgry Orbana jawią się jako wiodący w świecie budowniczy wspaniałych kolei, dróg, i oczywiście demokracji.

Jak to najczęściej bywa, prawactwo wrzeszczy tym głośniej, im mniejsze ma pojęcie o sprawie. Brać przykład z Węgrów w sferze infrastruktury transportowej? Od 1989 jest ona na Węgrzech w stanie niemal kompletnej stagnacji. Zero inwestycji w kolej, minimalny przyrost sieci autostrad. Komunikacja miejska w Budapeszcie ledwo zipie. Tabor w większości pamięta komunizm, trakcja tramwajowa także, nawet nieliczne nowe Combino jeżdżą 20 km/h, bo szybciej byłoby niebezpiecznie. Itp, itd.

Oddziedziczona po cesarstwie i komuniźmie sieć metra trochę się sypała. Za wolnych Węgier udało się wyremontować jedną linię, bo groziło wstrzymanie ruchu. No i wciąż gadano o linii 4, której dokładny plan powstał 40 lat temu. Ale z kasą było krucho. Rząd, tak jak i polski, płacić nie chciał, a najdłużej rządzący burmistrz naszej ery nie miał tyle samozaparcia, co kolejni przydenci Warszawy i nie odważył się budować samodzielnie. Ok, Warszawa nie miała wyjścia, oddziedziczyła gotową w 1/4 inwestycję.

Budowa ruszyła wreszcie w marcu 2006 na mocy prowizorycznej umowy finansowej, która wkrótce została zerwana w wyniku zawirowań politycznych. W swej ostatniej kadencji mer Demszky zdołał jednak wynegocjować kontrakt z rządem i UE. Połowa kasy na 4. linię płynąć miała z Brukseli, 40% z budżetu centralnego, 10% z kasy miasta (dla porównania – 2. linia w Warszawie: UE 60%, miasto 30%, rząd 10%). Budowę wznowiono.

Gdy do władzy doszedł Orban, znów zerwał umowę i budowa znów stanęła. Nowy mer, stronnik Orbana, lawirował. Opozycja mówiła wprost, że partia Orbana torpeduje 4. linię. To jednak przesada, bo co się odwlekło, to nie uciekło. Po 40 latach planowania, po 98 miesiącach budowy, 7 km linii 4 uzupełniło sieć metra w Budapeszcie. Niekoniecznie dzięki Orbanowi, może nawet trochę wbrew niemu, ale jednak.

Na Węgrzech drgnęło. Niewiele. Budapeszt wciąż ma czego zazdrościć Warszawie, a Węgry – Polsce. Przynajmniej w sferze nowych inwestycji w infrastrukturę transportową. Ale skąd miałoby o tym wiedzieć prawactwo, które kiedyś myślało nawet, że polski elektrowóz może wjechać na Węgry?

15 thoughts on “W oparach absurdu

  1. Jak to nie ma czego zazdrościć?
    A położenie? A widoki? A klimat? A secesyjna zabudowa? A mosty? Te 4 linie metra (nawet ta najstarsza!) to drobiazg przy tym wszystkim :). Porównanie warszawskiego metra z budapeszteńskim oczywiście nie ma sensu.

    A propos. Byłem w Budapeszcie w czasie zeszłorocznej fali powodziowej. Przygotowanie miasta do maksymalnego poziomu Dunaju zrobiło na mnie jak najlepsze wrażenie. Choć oczywiście, malkontenci, których i tam nie brak, narzekali, że wiosną, jak spadł śnieg, to dopiero była kompromitacja. Miasto oplakatowane było reklamami książki red. Janke z portretem Orbana. Niektórych tubylców to wkurzało, spotkałem też i życzliwe reakcje nawet wśród przeciwników premiera. Ale metro nie działało (nie pomnę, czy wszystkie trzy linie). Natomiast korki były takie (ciekawe czy “powodziowe”), że wyjazd zajął mi więcej niż przejazd przez Słowację. Za to straż miejska jakby bardziej życzliwa dla przyjezdnych kierowców niż nasza rodzima, warszawska.

    Cóż prawactwo… Takie mamy czasy. Misyjne ;).

    1. Ale podczas powodzi Wielki Poruszyciel sam, w tych gumiakach, z łopatą, w zmierzwionych włosach, pomagał, nadzorował, pociągał za wszystkie możliwe sznurki, naciskał na wszystkie czerwone guziki.
      A tutaj… Tusk nawet plandeki paprykarzowi nie przywiózł i nie powiedział, jak żyć…

      1. Qrcze, tego Poruszyciela w Gumiakach to akurat nie widziałem 🙁 . Zawszeć przyjemnie się pośmiać.
        Może są takie ludziska, co tych gumiaków i czerwonych guzików potrzebują, by wiedzieć jak żyć. Jeśli do tego miasto rzeczywiście dobrze było do fali przygotowane, to w końcu ja bym się o te trochę propagandy nie czepiał.
        Co innego oczywiście z proputinowskim wystąpieniem Pana w Gumiakach. Warto zapamiętać. I tym razem już bez śmiechu.

  2. Ja tak trochę a propos transportu … Odkąd rejony odwiedzane przeze mnie objęła strefa płatnego parkowania zmieniłem zupełnie (no prawie zupełnie) zdanie o takim rozwiązaniu… Co więcej, zaczynam poruszać się głównie transportem publicznym.. Wrażenia są nieziemskie – te związane z taborem (odkryłem chyba z pięć rodzajów tramwajów) i organizacją ruchu ( dlaczego autobusy różnych linii ale jadących przez jakiś czas tą sama trasą jadą stadami?) ale również te związane z pasażerami ( te zachowam dla siebie z wyjątkiem jednego : dopóki nie byłem klientem MPK nie wiedziałem, że można pisać jednocześnie dwa esemesy na dwóch rożnych telefonach)… Dwadzieścia lat z okładem za kółkiem spowodowało , że znalazłem się teraz w innym świecie… No i więcej chodzę – póki co nie przeszkadza mi to. I w ten oto sposób rodzi się moje zainteresowanie komunikacją miejską…

  3. Opary absurdu mogą mieć różna formę… Słuchałem dziś rozmowy red. Morozowskiego i p.Gowina o inicjatywie “patriotyzmu gospodarczego”. Pal licho, że red. Morozowski ma pokoleniową traumę wylewających się długopisów za czasów komuny… ja mam taką na punkcie piór marki “żaczek”… trauma to trauma… trudno… Ale jeśli jako argument przeciwko pomysłowi akcji “patriotyzmu gospodarczego” i jako jedno ze źródeł jej niepowodzenia uznał wyniki badań wg których znacząca część Polaków kocha się po francusku to oniemiałem z wrażenia… Gdy doszedłem do siebie pierwszą myślą była porażająca konstatacja, że Francuzi uprawiający ten rodzaj miłości muszą być straszliwymi ksenofobami…

    Rozumiem , że na ten przykład “Kropkę nad i” można oglądać bez fonii i podziwiać buty prowadzącej… no ale co podziwiać oglądając red. Morozowskiego bez głosu ?

  4. Jest sobie katastroficzny artykuł:
    http://finanse.wp.pl/kat,1033759,title,Jak-minister-Szczurek-kuchnie-polska-reformuje,wid,16527601,wiadomosc.html?ticaid=11287b&_ticrsn=3
    i jest sobie drobny koment pod nim:
    “~realista 2014-04-10 (22:19)
    Jak bary mleczne wykorzystują dotacje, a fiskus próbuje to ukrócić? Otóż warunkiem dofinansowania potrawy jest max 30% marża baru. Więc na danie składają się warzywa za 6 PLN i przyprawy za 1 GR. Ile kosztuje danie w barze? 6 + 30% = 8 PLN? NIE Danie kosztuje 12 PLN (bo na przyprawach jest milion % marży) A właściciel w ten sposób chce dostać dotację (40%) a jednocześnie mieć marżę powyżej 30%, udając że to marża na nie dotowanym składniku A dotacja umożliwia mu utrzymanie korzystnej ceny przy wysokiej marży. i to próbuje ukrócić fiskus”

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.