“Rynek w PRL” 07: Emilio, daj meblościankę

To tylko zajawka zajawki tekstu o meblach. Za młody byłem, bez szans na własne mieszkanie, zatem i meble mało mnie obchodziły. Grunt, że udało nam się za Gierka zapełnić nasz wspólny (Matki i mój) pokój zestawem typu “meblościanka”. Względnie tanim (rzędu trzymiesięcznych zarobków), w miarę estetycznym i funkcjonalnym. Pamiętam także, że zdobycie owego zestawu wymagało mnóstwo zachodu i czasu. Zestaw uzupełniały dwa zdobyte z równym trudem tapczany ze schowkami na pościel oraz domowej roboty szafki na zapas pościeli. Dało się żyć.

Pokój Babci zapełniały dwa fotele, szafa i eklektyczne biurko — wszystko, co jakimś cudem ocalało z jej przedwojennego dworku. Kuchnia była w całości domowej roboty, w łazience nie było żadnych mebli (tylko wanna, kibel, potem także pralka), w przedpokoju rozpadający się wieszak z zasłoną, okazałe, zdobione lustro z majątku Babci, oraz pawlacze własnej roboty. Koniec listy. I to się nie zmieniało przez lata.

Jak przez mgłę pamiętam, że w całej Warszawie był praktycznie jeden sklep meblowy, “Emilia” koło Pałacu Kultury; że kłębiły się tam tłumy polujących na tanie meblościanki, których nie było; że chyba można się było na nie “zapisywać”; że wreszcie “Emilia” byla pełna mebli, tyle, że albo mało użytecznych, albo nieprawdopodobnie drogich. A to nowoczesna, niska i brzydka komoda, na którą w mieszkaniach nie było miejsca (jak zabudowa, to pod sufit); a to importowany z NRD “luksusowy” zestaw (“meblościanka”) w cenie… trzyletnich zarobków.

Meble kuchenne i łazienkowe? Identyczne, szpitalne, białe szafki z najpodlejszej sklejki. Chyba w miarę często do kupienia, nie za jakąś fortunę. O sprzęcie AGD będzie oczywiście osobny tekst.

Ten musi się rozrosnąć przy waszej pomocy. Tu zaś czytaj o idei cyklu, a tu znajdziesz spis treści.

17 thoughts on ““Rynek w PRL” 07: Emilio, daj meblościankę

  1. Ciekawy jak na owe czasy zestaw mebli udało się mojej rodzinie zdobyć w wiejskim domu towarowym. Pasowały do naszego (mojego i brata pokoju) i byliśmy z nich rzeczywiście dumni . Nie jakis tam błyszczący zestaw “Hejnał” ale ładne, funkcjonalne i wyglądające na młodzieżowe meble produkcji …. czechosłowackiej.

  2. Panie Krzysztofie!

    Dość popularne były w owym czasie segmenty „Kowalscy”, a może „Kowalski”. Były robione przez jakieś 20 lat i teoretycznie można było składać z nich meblościanki, jak z klocków. Niestety jak każdy socjalistyczny wyrób coś tam nie pasowało.

    Co do cen mebli, to prawie niczego nie mogę powiedzieć, bo zacząłem kupować takowe za późnego generała.

    Pozdrawiam

    Jerzy Maciejowski

  3. Leski pogięło Cię ?

    polazłem na brydza i tyle postów w jedne wieczór – jak ogarnąc tę kuwetę ?

    gobra do meblościanki dorzucam słowo – wysoki połysk . Kto pamięta ten będzie wiedział o co chodziło – czyli taka badziej luksusowa mebloscianka .

  4. Wspomnij o inwencji rodaków – mój Ojciec obudował nasze mieszkanie meblami ze sklejki własnej produkcji, pawlaczami, jakimiś hybrydami pozyskanych/odzyskanych mebli gotowych z własnymi wynalazkami – w ten sposób żyliśmy we w miarę cywilizowanych warunkach. Nie wyrzucało się żadnych złomków ani obrzynków desek – wszystko szło do odzysku. Tak samo się rzeczy miały z aparaturą elektryczną.

  5. W 1976 roku dostaliśmy (rodzice, a właściwie ojciec służbowe) nowe mieszkanie. Ja dostałem do swojego pokoju stary kredens rodziców, oni mieli nową meblościankę. Po mniej więcej roku udało się kupic do mojego pokoju młodzieżową meblościankę skręcaną, nawet mi się podobała. Wiele lat później, gdy kończyłem odbywać ZSW, (środek Jaruzelskiego) rodzicom udało się kupic nową meblościankę, na wysoki połysk i wstawili ja do mojego pokoju, starą komuś odsprzedając. Nie mogli zrozumieć mojego oburzenia, że taki fajny prezent mi zrobili, a mi się te meble nie podobały. Tym bardziej, że jako kawaler prawie po wojsku, mogłem juz mysleć o “żeniaczce”. Za swoją książeczkę mieszkaniową, założoną około środkowego Gierka, dostałem w 2001 roku 10000 złotych. W Opolu było to 5 m2 mieszkania.

  6. Kupiłam pod koniec Gierka meblościankę w Emilii – chyba tylko ze trzy razy chodziłam z dzieckiem. Stało się rano, na godzinę przed otwarciem dawali cynk co tym razem przyszło. Uzgodnienia przez telefon (gdzieś w pobliżu budka była), opis co to mniej więcej i kupno. Szafki kuchenne – na Nowolipkach, wczesny Gierek, najnowsza produkcja – laminat, ale porządny. Dla dzieci juz nie pamiętam gdzie kupowałam meblościankę, ale resztki na wsi stoją, chociaż przemalowane

  7. Sklepów meblowych było ciut więcej, nie tylko Emilka. Kojarzę jeszcze co najmniej jeden, na Przeskok, koło placu Powstańców. Moja meblościanka była wystana po nocach właśnie tam 🙂

    Trzeba dodać jeszcze że funkcjonowała instytucja stolarzy. W moim gierkowskim bloku na Jelonkach (99% lokatorów robotnicy lub młodzi inżynierowie z przemysłu ciężkiego) większość miała meble robione przez prywaciarza. Dzisiaj brzmi to jak jakiś hiper luksus, wtedy były to jedyne meble jakie były osiągalne, oczywiście jak się miało czym zapłacić – no ale robotnicy przeważnie zarabiali nieźle. Parkiety na podłogach też były dość częste, plus obowiązkowa szkaradna boazeria w przedpokoju. Oczywiście zero z tych rzeczy widziało kiedykolwiek oficjalny handel, wszystko odbywało się w drugim obiegu gospodarczym. Wystarczało mieć kasę.

    Jeszcze co do kafelków – ja to pamiętam inaczej. W 80’s raczej wszyscy w okolicy (znaczy Jelonki) mieli kafelki w łazience. Fakt że brzydkie i przeważnie wszyscy takie same ale mieli. Mój stary po glazurę jeździł do Opoczna i tam wystawał nocą w kolejkach. W Warszawie było parę miejsc gdzie glazura była dostępna (za ciężkie pieniądze i oczywiście na lewo, z samochodu) – na Pańskiej, Jagiellońskiej, chyba też gdzieś na Radzymińskiej. Bardzo drogo oczywiście. Ale kupić się dawało jak się miało za co.

    1. Sklepów meblowych w Warszawie było rzeczywiście kilka. Ten na Przeskok należał do najczęściej przeze mnie odwiedzanych. Pochodziła stamtąd moja kawalerska wersalka gdzieś z ’76/77 roku – potworna tandeta zresztą, ale w kolejce po nią stać nie trzeba było. Budżetu domowego też nie zrujnowała. Emilka powstała chyba później niż pawilon na Widok. Dobrze wspominam też sklep na Waryńskiego. Ostatnio właśnie powierzchnia jego następcy dramatycznie się skurczyła, dając miejsce oczywiście bankowi, ale też i ciekawie wyglądającej kawiarni.
      W sklepie na Waryńskiego wypatrzyliśmy kiedyś z Bratem regał pokojowy, składający się z segmentów, które można było w różny sposób konfigurować – biblioteczki z szybkami, szafki zamykane lub zasuwane, sekretarzyk, szuflady, miejsce na łóżko, itp itd. Ustawiało się to jak klocki i łatwo można było wszystko niemal dowolnie przestawiać. Oczywiście całego kompletu nie dało się dostać za jednym zamachem. Mebelki nie były zdaje się tanie – ale dzięki temu, od czasu do czasu – w rytmie dostaw – dostępne. Kupowaliśmy więc te szafki na raty, zaglądając, lub dzwoniąc do sklepu (mieliśmy tuż pod domem budkę telefoniczną). Uzbierało się tego, jeśli dobrze pamiętam, osiem, czy dzesięć elementów, które woziliśmy ze sklepu pojedynczo autobusem lub tramwajem. Po kilku miesiącach pan w sklepie, znudzony widać naszym niemal codziennym nagabywaniem, dał mi bezpośredni telefon do magazynu na Bródnie, gdzie wcześniej można było namierzyć dostawę i kupić upragnione półeczki wykończone okleiną drewnopodobną o konkretnym deseniu, zanim towar dotrze do sklepu. Operacja kupowania mebli na te raty bez kredytu zajęła nam gdzieś około roku. Były to wczesne lata siedemdziesiąte – chyba 1974/75.
      Części tych mebelków, przemalowanych na bardziej nowoczesny kolor, po kilku przeprowadzkach, używam do dziś 🙂 .

      Ach, były jeszcze specjalistyczne sklepy z meblami kuchennymi. Z tym najlepiej mi znanym, na Nowolipkach. Kiedyś mój kolega z pracy wypatrzył tam przepiękny zestaw mebli kuchennych “Talia”. I chorował na niego wiele miesięcy, wydzwaniając, do sklepu, oferując premię w magazynie i podpisując się co dzień na liście społecznej kolejki (KMM mu nie przysługiwał). Ale to był już schyłek Jaruzela; rok bodaj ’87. Jakiś qmpel namówił go na wycieczkę biznesową do Bangkoku. Po powrocie z tej wycieczki mojemu koledze zupełnie zmieniły się priorytety. A niebawem, po kolejnych wycieczkach – także możliwości. Wkrótce “Talia” nie musiała go już wcale interesować.

      Meblowanie mojego rodzinnego mieszkania zaczęło się we wczesnych latach sześćdziesiątych, po przeprowadzce z kwaterunkowego “kołchozu”. Siermiężność tego, co udało się wówczas moim Rodzicom zgromadzić w pokornym trudzie, trudno opisać współczesnym językiem. Chociaż nie, nie do końca. Był stół jadalny, który czasem, po rozsunięciu służył jako stół do ping-ponga, a kiedy indziej jako warsztat stolarski – to bardzo solidny mebel, żywy do dziś, choć nikt już na nim w nic nie gra i nic nie hebluje. I było też całkiem przyzwoite biurko Taty; z późnego Gomułki; też dumnie służy do dzisiaj.
      Mebli kuchennych, w dzisiejszym sensie, w zasadzie nie było; wykończenie budynku przewidywało dwie szafki na stałe wymurowane pod okienkiem kuchni i połączone drewnianym blatem. Zabrany z “kołchozu”, całe lata pałętał się tzw. kredens, a zlewowmywak został obudowany w ramach prac ręcznych (na w/w stole) przez mego Tatę. Solidnie, choć strasznie siermiężnie, nie wypominając; takie były materiały w nieistniejącym już dziś sklepie PAGED-u na Gałczyńskiego. Potem wymieniało się to wszystko sukcesywnie, w miarę potrzeb dodając nowe elementy, każdy wciąż z innej parafii, a usuwając zużyte. Aż dopiero w latach dziewięćdziesiątych przyszła pora na całość, a nawet na terakotę i glazurę, ale to już nie ta epoka.

  8. Ja sprzedam patent, który zastosowałem w Kielcach (zakup ’87). Zamiast wystawać w kolejce przed sklepem meblowym i zapisywać na listach, które i tak niczego nie gwarantowały, pogadałem z taksówkarzem bagażowym. On mi sprzedał info, że wystarczy dać 10% ceny mebla górką kierownikowi magazynu meblowego (ok. 10 km od sklepu wystawowego) i dostawało się bez kolejki. Taksówkarz był ojcem kumpla, więc za info nic nie policzył, skasował tylko za przewóz.
    Jak załatwiał kwity meblowe (jakieś były) kierownik magazynu z kierownikiem sklepu – nie wiem i wolałem nie wiedzieć. Ale działało.

  9. Na początku lat 70. (ok.74′) moi rodzice otrzymali mieszkanie spółdzielcze w Szczecinie. Wiem, że meble kuchenne “załatwiła” mama w jakimś magazynie. Ale meblościankę próbowała “wychodzić” ponad rok. Raz byliśmy obok meblowego, więc zaszliśmy zobaczyć, czy nie da się dowiedzieć, kiedy coś “rzucą”.
    Gdy mama rozmawiała ze sprzedawcą (może coś zdradzi…) do “lady” stanęły dwie osoby. No to my też. Za nami ustawiła się długa kolejka. I pytania – co będzie?. Po około pół godzinie dowiedzieliśmy się, że przywieźli trzy meblościanki “Odra”. Więc reszta się rozeszła, a my w trójkę staliśmy dalej. PO wyładunku okazało się, że są dwie zielone (tapicerka) i jedna czerwona. Zostaliśmy (o jak bardzo…) szczęśliwymi posiadaczami zielonej meblościanki na wysoki połysk…

  10. Ograniczoną możliwość nabycia mebli w latach ’70 i ’80 dawał też tzw. kredyt MM, przysługujący małżeństwom, w których przynajmniej jedna osoba nie przekroczyła pewnej granicy wieku (30?). Aby taki kredyt otrzymać trzeba było wykazać się ponadto prawem do lokalu mieszkalnego nabytym w ciągu ostatnich pięciu lat. Takie kryteria oczywiście bardzo ograniczały grupę beneficjentów kredytu. Ale zdarzało się, że ludziska jakoś załatwiali sobie lokal – mógł to być n.p. “odzysk” kwaterunku po babci. Szczęśliwcy tacy mieli szansę na zakup “bez kolejki” – to znaczy stojąc tylko w kolejce podobnych sobie – pożądanych dóbr. Najważniejsze były tu meble, zwłaszcza kuchenne i AGD z królową pralką bębnową na czele.

    Pozytywną stroną kredytu MM było to, że wystawy tego, co można nabyć w kredycie zawsze zapełniały sklepowe pomieszczenia i można było napatrzeć się do woli na przypadkowo wybrane możliwości polskiego przemysłu. A personel sklepowy nie musiał martwić się o ekspozycję. I miał czas na zdobywanie mięsa i wędlin, albo papieru toaletowego w sąsiednich placówkach handlu uspołecznionego.

    1. AFAIR aby załapać sie na MM jeden z małżonków musiał mieć poniżej 35 lat, a drugi poniżej 40.

      Uwaga dla młodszych czytelników: za peerelu nikomu by [b]do głowy[/b] nie przyszło, aby za małżeństwo traktować parę jednopłciową.

      1. Ulubiona anegdota mojej teściowej: załapali się z teściem na kredyt MM w czasach najgorszego Jaruzela kiedy nie było kompletnie nic do kupienia. Doszło do tego że czas wykorzystania kredytu się kończył a oni nie byli w stanie nigdzie go wydać. Trzeba dodać że oboje byli zapracowani jak cholera (państwo “dało” mieszkanie w gierkowskim bloku, co oznaczało przy przeprowadzce z komunałki czynsz razy 10 – efektem czego musieli zapierdzielać jak małe motorki żeby w ogóle się utrzymać), więc nie mieli czasu ani siły wystawać po nocach w kolejkach. Koniec końców na kredyt MM kupili jedyną rzecz jaka była w sklepie – przemysłowy ekspres do kawy. Taki wielki z wajhami, jak niegdyś w kawiarniach bywały. Który to ciupasem sprzedali z parokrotnym przebiciem (bo takie coś nie było nijak dostępne do kupienia, stały w sklepie ale tylko na kredyt MM) – po czym za pieniądze z ekspresu kupili meble od prywaciarza.

    2. Z tego kredytu skorzystali moi rodzice, nabywając meblościankę. Przeżyła całe moje dzieciństwo. Nie znam szczegółów tej operacji finansowo-biurokratycznej, ale raczej nie legitymowali się żadnym “prawem do lokalu”, chyba że za takie mógł uchodzić czasowy meldunek w wynajętym mieszkaniu. W jakim trybie pozyskali pralkę “predom”, równie długowieczną, będę się musiał dopytać.

  11. A propos, MM i mieszkań, pozwolę sobie na jednowymiarową uwagę o kredytach.
    Ponieważ w gospodarce planowej nie występowało coś takiego jak inflacja (był tylko wzrost płac), to i oprocentowanie kredytu żadnej inflacji nie uwzględniało. Dawało to niesamowite korzyści kredytobiorcom, którzy w skrajnych przypadkach spłacali nawet bardzo poważne kredyty za jakieś śmiesznie niskie pieniądze.
    Tyle, że aby dostać kredyt, trzeba było wpierw uzyskać uprawnienie do nabycia dóbr pożądanych, zwykle bardzo deficytowych. Zwykle takiedobra trzeba było sobie “załatwić”. Jeśli miałeś “przydział” na mieszkanie własnościowe, to z zasady dostawałeś również kredyt na nie. Kredyt zawsze oprocentowany poniżej rzeczywistej inflacji. To samo z kredytem MM, analogicznie z różnymi kredytami obrotowymi, czy inwestycyjnymi n.p. dla rolników, przyznawanymi oczywiście pod pewnymi bardzo, skomplikowanymi warunkami, co powodowało zwykle ogromną uznaniowość w ich przyznawaniu. W gruncie rzeczy o to chodziło.
    Tak, czy inaczej w tej chorej sytuacji każda pożyczka, poza nielicznymi wyjątkami (np. pod koniec lat sześćdzisiątych można było, bez żadnych warunków wstępnych kupić na raty licencyjne magnetofony szpulowe ZK-120 i ZK-140), była towarem równie deficytowym jak większość pozostałych usług. W tej sytuacji powszechnie dostępną formą kupna ratalnego stały się systemy “przedpłat” – ze skutkiem odwrotnym niż kredyty. Ale o tym już była mowa przy okazji książeczek mieszkaniowych w odcinku 06.

  12. Kredyt MM.
    Jego dodatkową zaletą było oprocentowanie na warunkach PRL-owskich, czyli kilka procent rocznie. Szczególnie chwaliło się to pod koniec systemu.
    Załapaliśmy się na ten kredyt chyba w 1987 r. i udało się z niego kupić zestaw mebli do kuchni, kanapę i 2 fotele + jakiś dywan. Spłata kredytu była odroczona, chyba na 3 lata. A potem, pod koniec 1989 zaczęliśmy się domyślać, że dla spłacających kredyt następny rok może być nieciekawy i całość spłaciliśmy w grudniu 1989. Było to chyba 1,5 miesięcznej pensji.

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.