“Rynek w PRL” 02: co to jest “cena”?

Rzecz niby oczywista – oczywistą być przestaje. Znów coraz częściej czytam w necie, jak to dobrze i tanio żyło się w PRL-u. I  krew mnie trochę zalewa. Nie dlatego, że nie toleruję takich poglądów, lecz dlatego, iż trudno w necie znaleźć informacje  pozwalające zweryfikować te bzdety. Nie ma bowiem rzetelnych informacji o stanie “rynku” w PRL. A chciałbym, by moje dzieci mogły gdzieś przeczytać, jak było. Chcę takie miejsce stworzyć. Oto jego spis treści.

Dane o cenach, owszem, znaleźć można — w rocznikach statystycznych. Tyle, że porównania: “coś w PRL-u kosztowało tyle, a dziś tyle” – nie mają sensu. Nawet, gdy uda się sensownie uwzględnić zmianę wartości złotówki lub odnieść ceny do zarobków. Nie mają, albowiem

pojęcie ceny było w PRL czysto teoretyczne.

Co to dziś znaczy, że banany w tesco kosztują 2.29 zł? Tyle, że jeśli mam ową kwotę w kieszeni, mogę iść do tesco i kupić kilo bananów. W każdej chwili, bez ograniczeń. Co to znaczy, że pomidory w lidlu są po 3.99? Jeśli mam tyle, kupię kilogram, byle było po 8.00,a przed 21.00, bo lidl nie jest 24/24, jak tesco. Ale to jedyne ograniczenie.

Co to zaś znaczy, że w np. “za Gierka kilo szynki kosztowało 120 zł”? Nic nie znaczy. Lub dokładniej: jeśli tyle miałeś, mogłeś zacząć sprawdzać okoliczne sklepy. Koniecznie wraz z grupą znajomych, w kontakcie telefonicznym, w miarę możliwości. Jeśli miałeś szczęście, może po 2-3 dniach trafił się sklep, do którego właśnie “rzucili szynkę”. I jeśli zdążyłeś dobiec, by stanąć w kolejce, zanim sięgnęła następnej przecznicy, jeśli przetrwałeś kuksańce łokciami i nie tylko, to może udało ci się “kupić” kawałek. Uiszczając należność.

Mało kto wszakże mówił wtedy, że “kupił”. Rozgłaszał z dumą: “udało mi się dostać szynkę”. Albowiem posiadanie kwoty pieniędzy stanowiącej oficjalną cenę produktu nie gwarantowało niczego. Było dopiero warunkiem wstępnym rozpoczęcia operacji próby zdobycia owego produktu. Fraza, iż w PRL szynka kosztowała 120 zł”, nie ma więc sensu. “120 zł plus kilka dni polowania” – już prędzej. Ale jak dni polowania przeliczyć na pieniądze?

Oczywiście były inne sposoby: przynależność do kasty uprzywilejowanych (partia komunistyczna, milicja, bezpieka, wojsko, górnictwo) lub… znajomości w sklepie. Personel nagminnie “odkładał” to i owo dla znajomych. Dla jednych było, dla innych nie. Ale kto wśród urodzonych po 1980, że nie wspomnę o młodszych, zrozumie dziś pojęcie “spod lady”? Kto uwierzy, że tą drogą rozchodziła się może jedna czwarta, a może połowa dóbr rynkowych?

Powiadam raz jeszcze: te niby oczywistości są zupełnie obce wielu wychowanym w III RP.  Rolą dinozaurów jest zatem przekazanie im wiedzy, której próżno szukać w rocznikach statystycznych. Stworzę tu szkielet, który, mam nadzieję, będziemy wspólnie uzupełniali, dopóki żyjemy i coś pamiętamy. Powtarzam: stworzę tylko szkielet. Wypełnimy go

wspólnie. Bez waszej pomocy, bez uzupełnień, polegnę.

Ale zanim to zrobimy, potrzebne są dalsze wyjaśnienia metodologiczne i historyczne. To w najbliższych odcinkach.

22 thoughts on ““Rynek w PRL” 02: co to jest “cena”?

  1. Jeśli o cenach rozmawiamy to koniecznie trzeba przypomnieć pojęcie “ceny komercyjnej” . To był taki erzac ceny rynkowej. Ceny komercyjne pojawiły się chyba (do dat nie mam pamięci) w 1976 r… W cenach komercyjnych sprzedawano np. towar który był w “zwykłych ” cenach” reglamentowany – tak było np. z cukrem.

    A teraz autentyk : w wiejskim sklepiku pani sprzedawczyni wywiesiła przy cukrze informację o treści “Podwyższona cena cukru :….” (kwoty nie pamietam). Po wizycie miejscowego milicjanta słowo “podwyższona” zostało zmienione na “komercyjna”.

  2. Panie Krzysztofie!

    Rynek w komunie działał lepiej niż teraz, tyle, że był to „czarny rynek”. Kilka dni polowania na, czy stania w kolejce po, jakieś dobro było przeliczane na cenę czarnorynkową. To była rzeczywista cena produktu. Podobnie jak cena dóbr dostępnych „na talony”, czy w jakiejkolwiek innej reglamentacji.

    Zatem oficjalna cena nie była ceną, tylko sufitową wielkością bez związku z czymkolwiek.

    To tyle odnośnie zagadnienia „cena”.

    Pozdrawiam

    Jerzy Maciejowski

  3. Choć nie urodziłem się po 1980 to raczej nie na wiele się przydam w tym cyklu. Ale ze słowem “cena” nieodłącznie kojarzy mi się dookreślenie “umowna”. Nie wiem dokładnie kto z kim umawiał. Ale warto tez pewnie napisać, że ceny były co do zasady regulowane (nie wiem w jakiej skali geograficznej były jednolite i nie wiem czy zawsze…) i często nie miały nic wspólnego z wartością rynkową (tylko co to jest rynek, no ale powiedzmy w odniesieniu do cen za granicą)…

    1. To chyba rzeczywiście lata osiemdziesiąte i trzy rodzaje cen : urzędowa, regulowana i umowna. Urzędowa – ustalana przez władze, regulowana – ustalana przez “zrzeszenia” (kto jeszcze pamięta co to było ?)w ramach reguł ustalanych centralnie (cena mogła oscylować w określonych widełkach) i ceny umowne w zamierzeniu wolnorynkowe . W warunkach rynku producenta “umowa” rzeczywiście była fikcyjna…

        1. To nie tak. Były zjednoczenia. Potem, w ramach któregoś etapu reformy, przemianowano je na zrzeszenia. a jeszcze potem z np. zrzeszeń kopalni powstały gwarectwa.

          Wiara w magię języka, ot co. Że wystarczy zmienić etykietkę, a zmieni sie i rzeczywistość.

  4. Natomiast warto wspomnieć, że cena na dany produkt była jednolita w całym kraju. O ile dobrze pamiętam dotyczyło to nawet komunikacji miejskiej.

    Ceny były ustalane centralnie. Stąd jeżeli wytwórca karmelków “Wyśmienite” chciał ją podnieść, bo nie pokrywała kosztów produkcji, musiał wykazać konieczność takiej podwyżki. Prostszą metodą było poszerzenie asortymentu o karmelki ‘Wyborne”, które jako nowy produkt (różniący się np. wyłącznie opakowaniem) mogły już być droższe.

    1. Tak, jeśli pomnę, ceny biletów komunikacji miejskiej były ustalane centralnie, niemniej bilety miały nadruki z nazwami miasta i “obce” nie były honorowane. Nie pamiętam, czy miejskie rady narodowe w ogóle miały własne budżety…

  5. To historia z końca lat 80-tych o paradoksach cenowych tamtego czasu… Komuna i gospodarka planowa dogorywa… Nie wiem czy braciszek to sam wymyślił czy ktos mu to podpowiedział – razem z kolegami zaczął w podkrakowskich wioskach skupywać wodę mineralną (na wioskach mozna zawsze było dostać towary na których jeszcze nie zdążono podnieść ceny)… Interes polegał na tym , że oddając puste butelki do skupu otrzymywało się kilkukrotne przebicie… Niestety wraz z upadkiem komuny upadły “punkty skupu opakowań szklanych” i brat został z kilkoma transporterami wody mineralnej ….

      1. ArtB to była inna zabawa. Z grubsza rzecz biorąc zarabiali na sztywnym kursie dolara połączonym z wysokim oprocentowaniem lokat bankowych. Dlatego sprzedawali w Polsce towary po cenach dumpingowych. Chodziło o szybką wymianę środków z kredytu wziętego na zakup towarów na złotówki, które mozna było lokować w polskich bankach.

        1. Ok, szczegółów nie pamiętam, albo nie wnikałem, ale wydawało mi się, że też chodziło o to że człowiek pokonywał dystans szybciej niż informacja (tu brat kupował wodę przed dotarciem informacji o zmianie cen, tam “spekulant” wielokrotnie oprocentowywał te same pieniądze, bo informacja o wypłacie środków dochodziła z oddziału do oddziału banku później niż docierał facet z gotówką)

  6. Panie Zapluty z salonu!

    Znacznie wcześniej, bo w latach 60. była sprawa karna o spekulację, wytoczona rodzinie, która kupowała w sklepach szczawiową w butelkach, wylewała ją, a umyte butelki oddawała do skupu. Ten szczaw, czy szczawiowa, był(a) tańsz-y/a niż butelka w której go/ją sprzedawano.

    Łączę wyrazy należnego szacunku

    Jerzy Maciejowski

  7. A ja słyszałam o przekręcie międzynarodowym – za niego chyba nikt nie odpowiedział. Podobno Niemcy z RFNu kupowali u nas ogórki kiszone w beczkach dębowych. Ogórki won. Mowię o handlu na większa skale, nie ondywidualnym

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.