Podróże kształcą

Także cudze. Nawet tylko wstępnie planowane. Córa jeszcze w domu, a ileż już się dowiedziałem myszkując po necie w poszukiwaniu wieści z miejsc, do których Mysza się wybierała lub wybiera. I to w sferze, w której czuję się niezłym, choć domorosłym specjalistą. Mowa o transporcie publicznym, jedynej kwestii, o której choć trochę chce mi się ostatnio pisać.

Przesłanie mej pisaniny jest chyba jasne: jak świat długi i szeroki, od USA po Japonię, od Afryki po Nową Zelandię, współcześnie nie ma w tej sferze inwestycji, która zostałaby zrealizowana w terminie i w ramach pierwotnego kosztorysu. Smutne, ale widocznie tak być musi, bo to sfera w planowaniu trudna, w budowie diabelnie droga i kłopotliwa, a w eksploatacji niewdzięczna i niedochodowa.

Zdawało mi się, że znam wszystkie większe światowe wpadki takich inwestycji. A przynajmniej europejskie. Takie, gdzie terminy i koszty rosną dwukrotnie albo i lepiej. Błąd. I nic dziwnego, bo na dokładniejszą lekturę każdego przypadku reszty życia by mi nie starczyło. Tylko los sprawia, że od czasu do czasu znajduję coś, o czym nie miałem pojęcia, a co, jak zwykle niestety, dowodzi tezy, że wszędzie jest podobnie.

Córa od miesiąca siedzi niemal na walizkach, ale wciąż coś nie wychodzi. Tematem dnia dziś po południu jest Edynburg. Jutro może nie będzie, ale zachciało mi się poguglać, bo w tym urokliwym mieście byłem bodaj tylko raz, już niemal ćwierć wieku temu. Poguglałem i tak jak kot bezbłędnie znajduje najwymyślniej nawet schowaną rybę, tak jak niemal zaraz trafiłem na edynburskie tramwaje. Nie te, które już były, lecz te, które być mają.

Bo były. Miał niegdyś Edynburg trochę torów tramwajowych i całkiem atrakcyjny dla oka tabor. W latach 50. na fali światowej mody tramwaje stąd zniknęły. Półmilionowe miasto opiera się na autobusach i kolei podmiejskiej, ale to mało. Na fali kolejnej światowej mody na przełomie wieków także Edynburg znów zapragnął mieć tramwaje.

Plan powstał w 1999 r., a do 2007 rada miejska i szkocki parlament uporały się z ustawodawstem i przetargami. Parlament, bo inwestycja jest w circa 80% finansowana z budżetu centralnego. Pierwsza faza miała liczyć 18.5 km, kosztować niecałe pół miliarda funtów (średnio 27 mln £ za kilometr) i zacząć służyć wiosną 2011 r. Już w 2008 dotarł do miasta pierwszy tramwaj. Natychmiast zamieniony został na stałą wystawę, wokół której rozwieszono hasła “W 2011 zawiezie cię do pracy”.

Nie opiszę szczegółowo wszystkich klęsk, które rychło spadły na inwestycję. Były to klęski natury technicznej (budowa co rusz natrafiała na kable i rury, które były nie tam, gdzie wg miejskich dokumentów być powinny, przekładki okazywały się znacznie trudniejsze, droższe  i bardziej pracochłonne niż sądzono), ale przede wszystkim politycznej. Wśród sporów, w atmosferze skandalu, w 2009 r. fundusze obcięto, a wraz z nimi trasę i tempo budowy. Miejscowa prasa od dawna pisze o “edynburskiej klątwie tramwajowej”, a “Daily Mail” zrobił z tego tytuł na miarę słynnego niegdyś “Mortgage murder”. Prace od lat paraliżują bowiem miasto. Wydaje się jednak, że widać koniec. “Prace wyprzedzają harmonogram o dwa miesiące”, z dumą ogłosiła we wrześniu rada miejska. Który harmonogram? No, aktualny.

Stan na dziś jest taki: pierwsza faza, skrócona o 1/4, ma liczyć 14 km i kosztować nieco ponad miliard funtów, w tym prawie 1/4 to odsetki od dodatkowego kredytu. Daje to już nie  £27m, lecz  £72m za kilometr. Producent tramwajów z kontraktu wywiązał się niestety terminowo i od zeszłego roku już komplet 27 zamówionych, 43-metrowych składów stoi w zajezdni. Po uruchomieniu pierwszej części trasy — obecny oficjalny termin, maj 2014, wydaje się realny — zajęcie znajdzie… połowa tramwajów. Druga faza, która pozwoliłaby wykorzystać resztę, pozostaje w sferze politycznych bajek wyborczych. Mimo prób nie udało się ani sprzedać, ani wynająć choć części taboru.

HGW musi odejść.

29 thoughts on “Podróże kształcą

  1. O tramwaju w Nancy z pewnością wiesz? Zresztą chyba już kiedyś o nim pisałem. Mieszkaliśmy w Nancy przez pół roku kiedyś (chociaż o perypetiach z tramwajem doczytałem się już po powrocie). Fajna zabawka, ale problemów z nim było dużo, a jednym z efektów jest to, ze przystanek przy dworcu kolejowym przed którym trasa dwa razy “ostro” skręca o 90 stopni szybciej jest pokonać pieszo niż owym pojazdem…

  2. Ja się tam na tym nie znam ale inaczej być nie mogło skoro tam w spódniczkach wszyscy chodzą..Nie to co u nas… Tu wszyscy w spodniach i to jeszcze trochę przyciasnych w kroku bo tak dziwnie nogami przebierają co by tu jak najszybciej samemu te tory budować…

    Tak a propos – tu u mnie na Kurdwanowie , sypialni Krakowa, remontowali ulicę – dość istotną z punktu widzenia wyjechania i powrotu do tej sypialni… Na czas remontu zrobili ją jednokierunkową … i jakoś choinka było mniej tłoczno… Nawet myślałem , że tak zostanie ale byłoby za dobrze…

  3. Edynburg to najpiękniejsze miasto, jakie widziałem, jakie odrobine znam.
    Trudne dla tramwajow, tak mysle. Dlaczego? Można jechać – przekonać się. Można przeczytać Dr Jekyll and Mr Hide.

    Brytyjski transport publiczny jest fatalnym odniesieniem.

      1. Panie Atticusie!

        Ładne Polki można spotkać nie tylko w Edynburgu. Są w całej Szkocji. Ładnych Szkotek praktycznie nie ma. Przez 8 lat spotkałem ich mniej niż mam palców u obu rąk.

        Jerzy Maciejowski

  4. W tekscie brakuje jednak rzeczy zasadniczej. Tego jak opoznienia i wzrost wydatkow wplynal na lokalna polityke. (a moze nie tylko lokalna).

    Zeby obraz byl pelen trzeba pokazac nie tylko, ze tak jak w Warszawie tak np. w Edynburgu inwestycji nie doszacowano w sensie czasu i kosztow. Ale tez czy stalo sie to w Edynburgu przyczyna utracy wladzy? Zmiany koalicji? Przetracenia politycznych karier, itd? A moze, odwrotnie, a moze np. Sean Connerry wystosowal jakis list poparcia? O to pytam.

    Nie moge pozbyc sie natretnego wrazenia, ze argumnet – tak jest na swiecie, jeden z fatalnych moim zdaniem ciosow nokautujacych w III RP, jest wykorzystywany pokretnie, wedle wygody.

    Stawiam teze, ze gdyby wladze III RP poddac konsekwentnie osadowi pod haslem, a jak jest na swiecie – to by dzis po Donaldzie Tusku nawet smrod w kapciach nie pozostal. I tym samym po HGW.

    1. “a jak jest na swiecie”
      Na świecie jest tak:
      http://www.huffingtonpost.com/todd-phillips/congress-election-results_b_2114947.html

      Prawo wyborcze w USA jest tak skonstruowane, że choć kongres ma tylko 10% poparcie, to jego re-wybieralność wynosi aż 91%
      My, jako młoda demokracja, zmieniamy sobie rządzących, jak rękawiczki, a tam są całe dynastie przyssane do stołków. O ile senator nie narazi się którejś z potężnych grup nacisku (NRA na przykład), albo nie wyśle w świat zdjęć swojego fiuta, jak Wiener, to może przed wyborami spać spokojnie.

        1. Owszem, tak samo, jak nie brakuje chętnych do zasiadanie przy stołach w kasynach Las Vegas. Ludzie raczej kierują się nadzieją na sukces, niż martwią się tym, iż jakiś kruczek w polisie zdrowotnej może zrobić z nich bankrutów. Jawnie skorumpowany kongres jest chyba na ostatnim miejscu zmartwień potencjalnego imigranta.

          Ile razy ktoś krzyknie: w cywilizowanym świecie to by nie przeszło, to zazwyczaj nie ma świadomości, że przechodzą rzeczy znacznie gorsze:
          http://www.politicususa.com/2013/04/15/congress-acts-quickly-kill-bill-aim-shady-insider-trading.html

          Skupmy się może na tym, co sami uznajemy za standardy postępowania w polityce, nie wzorujmy się na innych, nie kładźmy się do łóżka chorego.

              1. Zatem, zgadzamy sie ze pokretnie.

                Nastpenie: napisalem, ze gdyby chciec to rozumowanie zastosowac konskewentnie, to po Donaldzie Tusku nie zostalby smrod na kapciach.

                Hmmm.

                Moge sie bronic tym, ze zapewne roznimy sie do do tego, co oznacza “konsekwentnie”. Ale piszac te slowa nie to mialem na mysli. Mialem na mysli polityczne bledy Donalda Tuska, a byc moze cos wiecej niz tylko bledy, choc i za same bledy by sie zebralo – zatem bledy za ktore powinien stracis funkcje. I sa to sprawy wykraczajace poza kwestie referendum w Warszawie.

                Jesli sie zgodze z panem, ze to nic szczegolnego. To co wtedy? To wtedy przyznalbym, ze obszar mozliwosci naduzyc i zaqniedban wladzy jest bezkresny. I jaki wlasciwie mozna wtedy podac powod checi tej wladzy odwolania? Ze rudy? Ze “r” nie wymawia?

                Nie rozsztrygniemy tego teraz, ale jesli przyznalbym panu racje – ze Tusk i HGW to nic szczegolnego w zakresie niekompetencji i zlej woli, to przeciez:

                Jalowa pozostaje obrona HGW przez K. Leskiego, a nawet scislej nie tyle obrona HGW, co pokazywanie pospolitosci zarzutu.
                Skoro moga byc pospolite, to dobry ten zarzut jak kazdy inny, dobry dety jak i prawdziwy.

                Moj Boze, skro nagminnie na swiecie rzadzacy daja dupy w zakresie inwestycji, to dlaczegoz nagminnie rzadzeni nie mieliby sie z tego tytulu zloscic, i chciec rzadzacych wymienic?

                1. Napiszę tak – gdyby po tej wtopie z tramwajami mieszkańcy wyszli na ulicę i zażądali głowy burmistrza, ta notatka na blogu by pewnie nie powstała – redaktora Leskiego na manipulacji chyba dotąd nie przyłapano, jeśli czytam coś u niego, ta rzadko chce mi się sprawdzać fakty. No i na tym przecież polega różnica między blogiem a publikacją prasową – autor nie musi zamieścić wszystkich faktów oraz źródeł, może napisać tyle, na ile mu się chce wyjaśniać rzeczy dla niego oczywiste i spokojnie założyć, że jeśli kogoś swoim wpisem zainteresował, to ten ktoś sam se doszuka. I być może w komentarzu co nieco rozwinie, ewentualnie wytknie błąd.

                  Szybka przebieżka po Wiki nie ujawniła złamanych politycznych karier, rozwiązano natomiast spółkę TIE, która projektem zarządzała. Czyi zdrowa reakcja, przynajmniej na pierwszy rzut oka.

                  My po prostu mamy zwyczaj obrzucania polityków czymkolwiek i liczenia na to, że coś się przyklei, nawet wtedy, gdy nie ma sensu. Nasi politycy mają trudniejsze życie, niż ich koledzy ze starszych demokracji.

  5. Napisal pan 3 paragrafy – odniosę się do każdego.

    1. Nie oskarżam K. Leskiego o manipulowanie, oskarżam o uzycie nieprzekonującej argumentacji. Nieprzekonujacej, bo raz – a co z tego, ze w Edynburgu, do którego Polacy i tak na potege wyjezdzaja?

    Nieprzekonujacej, bo niekompletnej. To tak jakby cytować wiersz “gdyby kozka nie skakala” i konczyc na jednym wersie.

    2. Oburzenie było. Jakie były skutki polityczne – tego nie wiem. Dlatego o nie zapytałem.

    3. Nie zgadzam się. Posrod naszych politykow zdarzają się kanalie i mety. O tym, czy jest czy nie ma sensu, w braku zgody decyduje skuteczność ataku. Czy maja trudniejsze zycie? Nie wiem, nie sadze. Startuja w innych konkurencjach, jak mysle.

  6. Na punkty 1 i 2 odpowiedziałem już w poprzednim komentarzu – to jest blog. Jeśli dostrzega pan lukę, proszę ją wypełnić wkładając nieco własnej pracy tam, gdzie autorowi się nie chciało (takie jego prawo). Proszę nie pytać, proszę sobie sprawdzić. Ja sprawdziłem i nie ma się czego czepiać.

    “Posrod naszych politykow zdarzają się kanalie i mety”
    Najlepsza możliwa odpowiedź:
    http://www.youtube.com/watch?v=07w9K2XR3f0
    Naprawdę nie jesteśmy narodem, który ma najgorszą opinię o własnych politykach. A że startują w innych konkurencjach – jasne, właśnie dlatego mają trudniej. Kiedy za parę pokoleń mozolnie wprowadzane poprawki do naszego prawa dadzą im prawdziwą władzę, porównywalną z tą, którą cieszą się ich koledzy zza oceanu, wtedy rzeczywiście niewiele będziemy mogli im zrobić.

    1. I co z tego, ze blog? Nie czepiam się o konstrukcje notek, czy o dobór poruszanej w nich tematyki, tak długo jak nie decyduje to o konstrukcji argumentu. A tu decyduje.

      A wygląda to tak. W Polsce jest sytuacja X. Opozycja twierdzi, ze X jest skandalem i to takim, ze zasluguje na zmiane władzy.

      Krzysztof Leski rozwaza X. Tak długo jak X to wiedza scisle techniczna o pociągach – nie czepiam się. Nastepnie pada stwierdzenie, ze w Szkocji jest także X albo nawet, ze jest Z, i Z jest większe od X.
      I znow, ze nie znam się na skladach nie podejmuje polemiki. Nie neguje faktu, ze w Edynburgu miał miejsce skandal. Domagam się tylko tego, żeby zauwazyc, ze:

      1. Także w Szkocji ludzie byli tym zirytowani, i nie dziwota, bo co niby mieli mowic? Ze rewelacyjnie?
      2. Bez względu na to jakie tam wyciągnęli z tego wnioski polityczne (a uważam, ze jakies wyciągnęli) w Polsce zupełnie uprawnione jest wyciagniecie wnioskow – zrobmy referendum.

      W efekcie: za bledne uważam wnioskowanie, ze ponieważ gdzie indziej wyciagnieto inne wnioski z podobnych przesłanek, to wnioski które wyciagnieta w Polsce sa zle.

      W szczególności, ze zdaje się obawia się pan – wnosze z wpisu – wzrostu władzy klasy politycznej.

      ps.
      Może sprawdze. Mam kilkoro naprawdę bliskich przyjaciol Szkotow, wiec jestem to w stanie sprawdzić. Dyskusje takie jak nasza znajdzie pan wpisując w google: tram shambles, lub podobne hasla.
      Rzecz w tym, ze ciagle nie bylbym pewny, jaki to akurat miało wpływ na sytuacje polityczna Szkocji, bo za slabo się w niej orientuje.

      Wiec albo pan się upiera nie dostrzegac o co mi chodzi, albo ja az tak bardzo jestem w bledzie.

      1. Drogi Atticusie, ma Pan niestety problem z czytaniem. Powtarza Pan raz po raz w komentarzach, że to, co opisuję, to mniej więcej to samo, co u nas.

        Otóż nie, co jaskrawo widać z moich notek. Żadna z warszawskich inwestycji nie miała problemów nawet porównywalnych choćby z edynburską. Żadna z polskich inwestycji w infrastrukturze transportowej nie da się nawet postawić obok tak gigantycznych wpadek, jak opisywane przeze mnie duńskie, holenderskie, belgijskie. W bliskiej Panu geograficznie Belgii WSZYSTKIE inwestycje kolejowe tej dekady kończyły się grubymi skandalami, bo po gotowych trasach przez lata nie było czym jeździć. Itp., itd.

        Nie odnoszę się wprost do referendum. Pokazuję tylko, że wszyscy, którzy głoszą jakąś szczególną nieudolność polskich inwestycji, drastycznie mijają się z prawdą. Jest bowiem odwrotnie – jak dotąd mamy kupę farta i dużych wpadek unikamy. Aczkolwiek przyjdą, bo niestety przyjść muszą.

        1. Z czytaniem, to raczej nie, ale tu się bije w piersi nie doszacowałem. Myslalem, ze broni pan sprawy pod haslem, tu jest to samo co na swiecie, a widze, ze broni pan opinii, tu jest dużo lepiej niż na swiecie.
          To nie brak znajomości liter, ale niesmialosc rozumowania była powodem pogubienia się.

          Co do zasady, panskie spostrzeżenie nie odnosi się do mojego podstawowego zarzutu, mianowicie, czy skandale na swiecie wywolaly, a jeśli tak to jakie skutki polityczne? Ale staje się to o tyle chybione, ze według pana w Polsce nie można mowic o skandalach, co za tym idzie, mój zarzut jest bezprzedmiotowy.

          Gdyby potraktować poważnie wszystko co napisałem, i bezrefleksyjnie odrzucić wszystko co pan napisał – mielibysmy w Polsce polityke bez dyskusji merytorycznej. Zreszta na to zwracałem uwagę Gnomowi, ze skoro upieramy się nie widzieć skandali, to upierajmy się, przy tym, ze i nie jest skandalem domaganie się rozliczenia nie-skandali.
          Gdybyz kolei brac na serio wszystko co pan pisze, a odrzucić to co ja napisałem, mielibysmy polityke – bez polityki.
          To znaczy nie tak calkiem, bez polityki, ale z istniejaca wladza. Polityke, z drastycznie ograniczona możliwościa zmiany.
          Meritum argumentu pod jakim PO przyszla do władzy to mniej jak pyl na moim obuwiu. Nie widze powodow srubowania, a tak srubowania wlasnie, poziomu wymagan merytorycznych jednostronnie.

          Upieram się – Belgie, Holandie, Szkocje i Danie dzieli przepasc od Polski w sensie skorumpowania.
          Stad moja intuicja, ze w Polsce porażki maja charakter systemowy, a nie incydentalny.

          .

  7. @ Krzysztof Leski/ “Aczkolwiek przyjdą, bo niestety przyjść muszą”

    Fatalizm jako narzędzie analizy politologicznej – ?

    A gdyby tak KTOŚ się POSTARAŁ, żeby nie przyszły?

    Ja wiem, że z perspektywy Kłapouchego to “i tak nie warto” – ale może by tak inną perspektywę?
    Bo przecież nawet ogon się znalazł!

    Pozdrawiam ciepło

  8. “uważam, ze jakies wyciągnęli”
    Oczywiście, że wyciągnęli. W normalnych wyborach. Mieszkańcy nie sięgali po jakieś nadzwyczajne środki, bo to żaden powód, po prostu normalnie zagłosowali po zakończeniu kadencji. Nie zbierano podpisów pod hasłem “GG musi odejść” (patrz pointa notki). A jeśli porówna pan wyniki tamtych ich wyborów z naszymi, gdy już będą znane, stanie się jasne, że oni jednak mieli znacznie poważniejsze powody, by swojej władzy nie lubić.

  9. Szanowni Panowie!

    Pan Krzysztof mimochodem popełnił notkę o wyższości kapitalizmu nad socjalizmem.

    Gdyby inwestycja w infrastrukturę nastąpiła w warunkach kapitalistycznych, to byłaby terminowa i mieściłaby się w zaplanowanym budżecie. W socjaliźmie podatnik zapłaci za wpadkę inwestora. Dlatego jak nasz socjalistyczny świat szeroki inwestycje takie jak tramwaje, stadiony narodowe, czy przeprawy przez zatoki (ang. river) muszą przekraczać budżet i nie dotrzymywać terminów. To jest koszt łapówek jakie trzeba rozdzielić pomiędzy decydentów i kiełbasy wyborczej dla chamstwa…

    Pozdrawiam z socjalistycznej Szkocji

    Jerzy Maciejowski

      1. Szanowny Panie!

        Od wprowadzenia przymusu przymusowych „ubezpieczeń zdrowotnych” nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwie gospodarki amerykańskiej kapitalistyczną. Kapitalizm był w Stanach Zjednoczonych Ameryki w XIX wieku. Teraz jest tam piękny socjalizm, podobnie jak na zachodzie Europy. 🙂

        Pozdrawiam

        Jerzy Maciejowski

  10. Panie Krzysztofie!

    Broni Pan Hanki Go aWay jak niepodległości. Może potrafi Pan uzasadnić dlaczego należy jej się kolejna szansa, ale nie walcząc z propagandą partyjną, tylko z tym co mówią ludzie niekoniecznie związani z PiS. Pamięta Pan sprawę Kupieckich Domów Towarowych? Rozpędzenie kupców przy pomocy bandytów z prywatnej firmy w interesie innych prywatnych firm, pod pretekstem budowy muzeum, którego do dziś nie ma? Może uzasadni Pan, że tak trzeba było i, że jest to norma europejska i światowa. Będzie to orzywcze ćwiczenie intelektualne. 🙂

    Łączę wyrazy należnego szacunku

    Jerzy Maciejowski

    1. Od bywalców mego bloga wymagam umiejętności czytania ze zrozumieniem. A także powstrzymania się od modnego dziś używania wielkich słów do opisania najmniejszej nawet dupereli. Tak to jeden artykuł krytyczny staje się “brutalnym atakiem”, a dwa artykuły – “zmasowaną nagonką”.

      “Bronię jak niepodległości”? Zapraszam do lektury. Napisałem tam m.in.:

      Druga kadencja jest słabsza. HGW ewidentnie się wypaliła. To nie powód do referendum, na które najpewniej nie pójdę, lecz w przyszłorocznych wyborach chętnie poprę kogoś innego

      Tak wygląda to “bronienie HGW jak niepodległości”. Zwalczam natomiast referendalną propagandę, absurdalne zarzuty, które w niej padają. Tyle, że w Pańskim czarno-białym świecie to niezrozumiałe. Szkoda.

    2. Panie Krzysztofie!

      1. „Bronienie Hanki Go aWay jak niepodległości” to figura stylistyczna, a nie ocena Pańskiego zaangażowania. Jeśli uważa Pan, że przesadziłem w tym żarcie, to nie pozostaje mi nic innego jak wyrazić ubolewanie.
      2. Nie wiem co Pan zamierza osiągnąć, ale odbieram Pańskie wystąpienia jako obronę HGW. Ja też mam często wrażenie, że mnie ludzie nie rozumieją. Tyle, że nauczyłem się, że to nie inni są winni takiej sytuacji. Po prostu nie umiem się wystarczająco dobrze wysłowić, szczególnie na piśmie. Jeśli ja nie dostrzegam u Pana wyważonego stosunku do problemu, to nie znaczy, że Pan go nie ma. Natomiast może to znaczyć, że nie potrafi Pan go wyrazić.
      3. Nie zająknął się Pan słowem o Kupieckich Domach Towarowych. Czy należy to traktować jako uznanie mojego argumentu przeciw prezydentowi Warszawy, czy też jest Pan ponad takie drobiazgi? Bo miejsce do prowadzenia handlu to też infrastruktura…
      4. Czarno białość świata nie koniecznie wynika z daltonizmu. Rozumiejąc uwarunkowania można uznać, że tłumaczą one czyjeś zachowanie, ale to nie znaczy, że usprawiedliwiają. Zatem proszę nie zarzucać mi rzeczy, które wynikają z Pańskiej interpretacji świata, a nie z moich działań.

      Łączę wyrazy należnego szacunku

      Jerzy Maciejowski

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.