Nie rób nic – nie zbłądzisz?

Tak to już jest, że tam, gdzie człowiek coś robi, tam są i wypadki. Kto coś buduje, ten miewa katastrofy budowlane. Kto podróżuje, ten bywa ofiarą katastrof  komunikacyjnych. Także we współczesnym świecie high-tech, także w krajach uchodzących za najbardziej rozwinięte.

To oczywista oczywistość. Ale nie dla wielu polskich polityków. Ostatnio PiS i jego media pobiły rekord głupoty ustanowiony kilka lat temu przez Platformę. Ta bowiem w kampanii 2007 r.  obarczała rząd PiSu współodpowiedzialnością za wypadki drogowe. Przy całej swej głupocie PO jednak nie krzyczała, że to już powód do dymisji rządu PiSu. Nie obwiniała też Jarosława Kaczyńskiego za dwie katastrofy kolejowe z ofiarami śmiertelnymi za rządów PiSu. W tym roku najpierw PiS ogłosiło Tuska winnym katastrof kolejowych, a teraz żąda dymisji władz Warszawy z powodu problemów na budowie metra.

Uchodzące w świecie za wzorcowe koleje francuskie wypadki miewają rzadko, ale uniknąć ich nie mogą. W ostatnim poważnym sześć lat temu, zderzeniu dwóch pociągów przy luksemburskiej granicy, zginęło sześć osób. Paryskie metro miało w poprzedniej dekadzie trzy poważne wypadki bez ofiar śmiertelnych, ale z dziesiątkami rannych. Nie brak katastrof budowlanych, także na najnowszej linii 14: w 2003  zapadł się grunt pod szkołą przy rue Auguste-Perret.

Niemcy zapewne zawsze pamiętać będą katastrofę Intercity pod Eschede (101 zabitych). Wykolejenie się pędzącego 200 km/h pociągu nie było spowodowane pojedyńczym i przypadkowym błędem człowieka, lecz zaniechaniem systemowym (brak wystarczająco częstej kontroli stanu kół) i wadą konstrukcyjną tychże kół. Co więcej, nawet wtedy skutki wykolejenia byłyby zapewne bez porównania mniej fatalne, gdyby wagony niemieckich ICE-1 były połączone wspólnymi wózkami jak francuskie TGV (słynne wykolejenie w 1993 r. przy 300 km/h bez ofiar, podobnie jak dwa inne przy 270 i 200 km/h). Pierwsza dekada tego stulecia przyniosła Niemcom trzy katastrofy z ofiarami śmiertelnymi. Obecna dekada zapowiada się dużo gorzej, bo 2011 przyniósł jedną, a rok obecny już trzy tragiczne katastrofy i 20 zabitych. Także Berlin, którego S-Bahn i U-Bahn uchodzą za jeden z najbezpieczniejszych w świecie systemów komunikacyjnych, miał niedawno dość poważne wypadki, choć na szczęście bez ofiar – na stacji Deutsche Oper w 2000 r. (spięcie w pociągu, pożar stacji, ucieczka ludzi przez zadymiony tunel) i zderzenie pociągów U6 w 2003r., spowodowane zresztą pośrednio przez trwający remont linii).

W tym roku ludzie ginęli  w zderzeniach pociągów w Holandii, a szpitale zapełniały się w Hiszpanii i Rumunii. By pożegnać się z Europą, przypomnę pożar zębatej kolejki górskiej w austriackim Kaprun w 2000 r. Kosztował 155 istnień ludzkich (brak detektorów dymu, nieefektywny system ewakuacji z tunelu). Spowodował gruntowną przebudowę kolejki, ale nie miał skutków politycznych.

Japonia uchodzi niemal za ideał w sferze kolei. Jednak 106 osób zginęło w 2003 r. w zderzeniu pociągów podmiejskich wAmagasaki, a mniejsze katastrofy zdarzają się równie często jak u nas. W obecnej dekadzie Japonia jak dotąd uniknęła tragedii na torach, ale dwie poprzednie dekady przyniosły wielokrotnie więcej ofiar śmiertelnych niż w Polsce.

W USA, gdzie sieć kolei nie jest nadmiernie rozwinięta, nie ma roku bez kilku tragicznych katastrof. Metro jest bezpieczniejsze, ale z wyjątkiem Waszyngtonu, gdzie w tym stuleciu było już 16 wypadków i katastrof, w tym śmiertelne. Nowy Jork wiedzie za to prym w wypadkach budowlanych w metrze. W Kanadzie, zaiste ubogiej w kolej, ostatnio co roku jest katastrofa z ofiarami śmiertelnymi.W Argentynie  w lutym zginęło 51 osób…

Mowa tu wyłącznie o katastrofach stricte kolejowych. Pomijam tragedie na przejazdach drogowych, które wszędzie i co roku zbierają tragiczne żniwo. Oraz, jak wspomniałem na wstępie, ograniczam się do krajów rozwiniętych zazwyczaj znacznie bardziej niż Polska, lub co najmniej są z nią porównywalnych. Nie mówimy o Indiach, Chinach, Afryce czy nawet Rosji, gdzie niemal co tydzień giną ludzie i to dziesiątkami, a często setkami. Tu, owszem, rządy ponoszą dużą część odpowiedzialności, bo infrastruktura kolejowa niewiele się zmieniła w porównaniu z tym, co pozostawili kolonizatorzy czy batiuszka car — lub odwrotnie, rozwijana jest w szaleńczym tempie ze szkodą dla bezpieczeństwa (Chiny).

A w cywilizowanym świecie? Zaiste nie wiem, gdzie oprócz Polski opozycja domaga się dymisji rządu z powodu katastrof kolejowych. Poza może Wielką Brytanią, gdzie zaniedbania infrastruktury były do niedawna równie głębokie, jak u nas. I tak jak u nas były efektem braku finansowania nie przez jeden, lecz wiele kolejnych gabinetów, włącznie z tymi, których członkowie trafiając do opozycji natychmiast rozgrzeszają samych siebie.

12 thoughts on “Nie rób nic – nie zbłądzisz?

      1. Obarczanie winą za wypadek jest skrótem myślowym, który wskazuje na przyczyny powstania wypadku.

        Napiszę o przypadku warszawskiego metra, bo temat mi bliższy niż autostrady, czy koleje.
        O strukturze podłoża poniżej tunelu na wisłostradzie wszyscy co powinni wiedzieli. Ale uznali, że może się uda.
        Problem powstał dużo wcześniej. Podjęto decyzję sprzeczną z doświadczeniami, a mianowicie budowa metra POD Wisłą.
        To będzie trzecia lub czwarta próba przebicia się. Jak się uda, to fajnie, ale zacytuję tytuł bloga “Tylko po co?”.

        1. “To będzie trzecia lub czwarta próba przebicia się.”

          Ale dowcip polega na tym, że wedle specjalistów, grunt pod dnem Wisły, wcale nie jest największą przeszkodą dla budowniczych centralnego odcinka II linii.

  1. “pobiły rekord głupoty”

    To jeszcze nic.
    Najzabawniejsze są zarzuty, gdzie ciurkiem lecą sformułowania kompletnie do siebie nieprzystające.
    W Polsce nic się nie buduje, więc Polska jest rozgrzebana, więc nigdzie nie można dojechać bez objazdu, gdyż ta władza nic nie może. A jak już coś otworzą, to tylko po to, aby to zamknąć. A tak w ogóle, to – jadąc klasykiem (byłym premierem) – nie ma nic.

  2. Zbójeckie prawo opozycji, to dopieprzać się do wszystkiego. Póki temat jest nośny, to w każdym dopieprzaniu można widzieć jakiś sens praktyczny. A w kwestii nośności danego tematu – por. dwie poprzednie notki.

    Z zupełnie innej strony, zasadne są też ogólne pytania o stan polskich kolei. Czy są doinwestowane? Dobrze, lub choćby tylko poprawnie zarządzane? Jaki jest stan techniczny torów, taboru, budynków itd. Jakie są procedury regulujące czas pracy i kompetencje personelu kolejowego? Jaka jest wizja strategiczna przyszłości dróg żelaznych w Polsce? I na tle tych pytań dopiero właściwego sensu nabierają pretensje do aktualnie sprawującego władzę rządu. Każdego. Ale już szczególnie do kogoś, kto sprawuje władzę ponad jedną kadencję.
    Oczywiście, podobne pytania można też stawiać kolejom francuskim, niemieckim, czy australijskim. Podejrzewam jednak, że odpowiedzi będą nieco inne niż w naszym wypadku. Ale może się mylę, to pan tu jest kolejowym pasjonatem, szanowny panie Krzysztofie. proszę więc mnie poprawić, jeśli sie mylę.

    1. Napisałem o tym jedno zdanie w ostatnim akapicie. Chyba wystarczy. Jedyne usprawiedliwienie dla władz brzmi: UE dotuje tylko inwestycje w linie od 160 km/h, a tu trzeba głównie przywrócić 60-100 tam, gdzie z powodu zapaści infrastruktury zrobiło się 20-40

  3. Othar.pl: Wszystko to prawda, ale walenie w tak wielki bęben (odwołanie “rządu” miasta) z powodu dziury w ziemi to znacząca przesada. Władze Warszawy zaskarbiają sobie “miłość” mieszkańców (zgodnie z polityką miłości) wieloma drobniejszymi uciążliwościami, które nam fundują, albo marnują pieniądze na pierdoły, zamiast skierować je na rzeczy ważne, czyli usunięcie tych uciążliwości. Bo tak właśnie uważam, że Wifi w każdym urzędzie nie jest warte jednej więcej nie załatanej dziury w jezdni. Oczywiście, rozumiem, jak naprawdę działa system przydzielania pieniędzy, w prywatnych korporacjach działa to niemal identycznie, bo inaczej nie może – pewne marnotrawstwo jest nieuniknione, tym większe, im większa organizacja. Ale to nie powód, żebym zdanie zmienił. 😉

  4. Kilka lat temu w Warszawie (bodaj w Al. Niepodległości, ale nie jestem pewien i nie umiem wyguglać) nagle zapadła się jezdnia, a w powstałej wyrwie utonął samochód (o ile pamiętam ciężarowy). Pod ulicą pękła bodaj magistrala ciepłownicza, woda wypłukała niezłą jamę, pod jezdnią zebrać się zdążyło małe jeziorko. Była to mała katastrofa.

    Wówczas oczywiście nikomu nie strzeliło do pustego łba wołać o odwołanie władz miejskich czy jakichkolwiek.

    Ale to było w prehistorii politycznej, na długo przed Smoleńskiem.

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.