Marsz Zaduszny

Smutny to dla mnie temat. Nie dlatego, że mowa o 1. listopada czyli zaduszkowej wyprawie na groby. Dlatego, że przedwcześnie porzuciłem tę piękną tradycję. Zetknąłem się z nią tuż po rozpoczęciu studiów na Politechnice Warszawskiej. Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłem na MEL-u, było coś oczywistego zważywszy, że od najmłodszych lat uwielbiałem piesze wyprawy, czy to po górach, czy na Mazowszu i Podlasiu.

Zapisałem się więc do EKTiS-u, wydziałowego klubu turystycznego, a pierwszą chyba wyprawą, na którą poszedłem, było nocne przejście Kampinosu 31 X / 1 XI. Był rok 1978, tradycja liczyła ponoć tyle lat, ile sam EKTiS, powstały na początku lat 70. Była więc solidnie ugruntowana i właściwie nie trzeba było nawet ogłaszać, iż zbiórka jest o 21.00 na pętli 208 na pl. Wilsona (naówczas komuno-oficjalnie “Komuny Paryskiej”, jeśli pomnę, a takich rzeczy nie zapominam…). Gdy już dotarli wszyscy spóźnialscy, 208 wywoził nas na drugi koniec trasy, do Truskawia. Tu, w kompletnych ciemnościach, zwykle wśród hasających luzem psów, ruszaliśmy na zachód.

Trasa składała się z czterech nierównych odcinków.  Pierwszy postój mieliśmy po około 4.5 km przy Mogile Powstańców 1863 pod Zaborowem Leśnym. To skromny grób i krzyż, rzadko odwiedzany, nasze świeczki często były tu pierwsze. Stąd ruszaliśmy (kolejne 4.5 km) na cmentarz w Wierszach, gdzie leżą partyzanci AK z różnych ugrupowania Kampinos i innych, polegli w 1944 podczas prób przedarcia się do Warszawy na pomoc Powstaniu. Ponieważ wiersze to mniej więcej połowa trasy. zwykliśmy tu robić dłuższy postój, napoczynając zapasy kanapek i otwierając termosy (w odróżnieniu od kawoszy i herbaciarzy ja miałem ze sobą oczywiście kakao). Dochodziła zwykle północ.

Przed nami był najdłuższy z odcinków, a przy tym najmniej przewidywalny: mógł liczyć tylko 5.5 km, ale mogło to też być 9. Celem był bowiem cmentarz w Palmirach. Po około 4 km drogą należało trafić w skrót na przełaj:  na czuja, bez żadnych punktów orientacyjnych,  zejść ze ścieżki i przez gęsty las przedrzeć się na północny wschód, około 1500 m, jeśli udało się trafić. Jeśli nie, można było naprawdę długo błądzić lub wręcz wpaść w bagienko złożone z maleńkich stawów, okalających cmentarz od zachodu. Bezpieczną alternatywą było podążanie szlakiem dookoła cmentarza, w sporej odległości od niego, aż do przystanku autobusowego Palmiry Muzeum, ale oznaczało to nałożenie 3 km.

Jeśli skrót się udał –  a nigdy nie było to jasne aż do ostatniej chwili – naszym oczom ukazywała się sporej wysokości wydma, a za nią łuna świeczek na cmentarzu. Już bowiem 31 października docierały tu zwykle dość liczne ekspedycje harcerskie, na grobach pojawiały się setki zniczy, wiele z nich płonęło jeszcze, gdy my docieraliśmy tam około 2. nad ranem. Każdy miał tu swoich faworytów. Ja zawsze zaczynałem od chwili zadumy nad mogiłami Mieczysława Niedziałkowskiego i Macieja Rataja, potem odwiedzałem Janusza Kusocińskiego, kolejne świeczki rozdzielałem pomiędzy anonimowe groby w dalszych rzędach, jedną zaś stawiałem pod wielkim krzyżem pod ścianą lasu.

Z czasem, z wiekiem, im bardziej byłem zmęczony, tym częściej ograniczałem się do Niedziałkowskiego i Rataja, pochowanych stosunkowo niedaleko od głównej bramy. Czekał nas teraz krótki (2 km), ale niewygodny (kocie łby i wąziutkie, śliskie pobocze) marsz do Pociechy, by dwie ostatnie znicze zapalić na obu skrzydłach Krzyża Jerzyków – Powstańczych Oddziałów Specjalnych. Obok, na dużym polu “piknikowym”, pochłanialiśmy potem resztę kanapek, czekając na 4:15, kiedy to należało ruszyć bitą drogą do odległego o 4 km Truskawia. Tam, na pętli, czekał pierwszy 208, odjeżdżający zawsze o 5:00.

Tak było w 1978, 1979 i jeszcze w 1980: “Solidarność” i NZS nie zdążyły nas pochłonąć bez reszty. W roku następnym, choć “Karnawał Solidarności” trwał w najlepsze i zajęty byłem zaiste czym innym, z przyzwyczajenia zjawiłem się 31 października przed 21.00 na pl. Wilsona. Siadłem, paliłem jednego papierosa za drugim (nikt jeszcze nie słyszał o pomyśle zakazu palenia na przystankach) – i czekałem, aż zrozumiałem, że się nie doczekam. Nikt nie przyszedł. Okazało się, że inni byli zajęci karnawałem bardziej nawet niż ja.

W pierwszym odruchu chciałem wracać do domu, ale po chwili pomyślałem, że wszak równie dobrze mogę w pojedynkę podtrzymać tradycję. Pomysłu pożałowałem 45 minut później, gdy wysiadłem w Truskawiu jako jedyny pasażer, 208 natychmiast odjechał, gęste chmury sprawiały, że czerń wokół byla niemal doskonała, a mnie natychmiast opadły psy, których wszak od urodzenia panicznie się bałem. Ponoć wyssałem to z mlekiem matki. Sądząc po ich barytonowym szczekaniu były to psy duże, może wręcz wielkie, może większe ode mnie 😉 Biegały, szczekały, czasem ocierały się o moje nogawki, ale jakoś mnie nie atakowały. Może uznały, że samotny człowiek do towarzystwa to rozrywka lepsza niż posiłek.

Psy jednak rychło się znudziły, lub też poczuły się niepewnie na nieznanym gruncie. Pół kilometra za granicą wsi zawróciły do Truskawia. Zostalem sam na sam z ciemnością, która okazała się jednak nie być doskonała: nieco jaśniejszy pasek nade mną, czyli zachmurzone niebo pomiędzy wierzchołkami drzew, wskazywał, gdzie jest leśna droga do Zaborówka. Udało mi się nawet nie przegapić słabo widocznego nawet w noc księżycową odbicia w prawo, z drogi zaborowskiej na ścieżkę biegnącą na północny zachód, ku Mogile 1863 i Wierszom.

Nie miałem wątpliwości, że spróbuję skrótu do Palmir, chociaż nie miałem szans ocenić dokładnie, kiedy zejść ze ścieżki. Nieśmiało przypomnę, że nie było wtedy ani telefonów komórkowych, ani GPS, ani nawet krokomierzy (ok, te ostatnie były, ale nie w Polsce). Zdałem się na zegarek i instynkt: 40 minut po wyjściu z Wierszy odbiłem energicznie w lewo. Korony drzew zamknęły się nade mną, potykałem się o leżące gałęzie, ale 20 minut później napęczniałem z dumy widząc wydmę i łunę Palmir.

W Pociesze nie bardzo chciało mi się siedzieć samotnie po nocy w altanie dla piknikujących turystów, alternatywą było wszakże czekanie na przystanku w Truskawiu, wśród psów. W końcu zmarzłem i parę godzin później z dużą satysfakcją wchodziłem do domu: podtrzymałem tradycję. W stanie wojennym różnie z nią bywało, ale częściej chodziliśmy niż odpuszczaliśmy. Po 1989 się skończyło, a przynajmniej nic mi nie wiadomo, by ktoś chadzał po Puszczy śladami EKTiSu.

Reaktywowałem obyczaj po starcie Salonu24 – na parę lat. Coraz bardziej dokuczała mi kontuzja stawów kolanowych jeszcze z czasów licealnych, coraz trudniej było zamknąć pętlę, aż w końcu zdarzyło się, że kawałek za Pociechą zabrał mnie samochodem KaZet. W roku następnym wymiękłem znacznie wcześniej, bo w Palmirach, w kolejnym zaś uznałem, że nic na siłę, nie dam rady. Tradycja nie zakorzeniła się dość mocno, bo dowiedziawszy się, że nie idę, inni też odpuścili. Co, w którym roku – nie pomnę, ale poszperam na blogu i postaram się uzupełnić. Chyba, że mi pomożesz odświeżyć pamięć 🙂

Coś jednak zostało: przekonanie, że taki patriotyzm, taka pamięć o narodowych bohaterach to coś więcej niż buńczuczne profile na fejsbuku i twitterze.

 

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.