Listopadowa świeczka wolności

Był taki czas, gdy nocą z 31 października na 1 listopada chadzałem do Puszczy

Kampinoskiej. W towarzystwie mniejszej lub większej ferajny, a czasem sam; zawsze w dobrych butach, choć z nogami z każdym rokiem słabszymi i głośniej, dosadniej zawodzącymi; z plecakiem wypełnionym wałówką i zniczami; z łbem pełnym wspomnień o tych, którzy polegli, ale także myśli, cz tym razem nie polegnę…. ja.

Trasa – zawsze ta sama, z dokładnością do przełajowego, kilkusetmetrowego fragmentu w okolicach Palmir. Wyjazd autobusem 208 z placu Wilsona (później 708, a z czasem samochodami). Start w Truskawiu, pierwszy postój przy Mogile Powstańców 1863 r. w rezerwacie Zaborów Leśny (5 km). Następny 4 km dalej, na jaśniejącym bielą krzyży cmentarzu Wiersze, miejscu pochówku licznych partyzantów AK ciągnących na wschód, do Warszawy, na pomoc Powstaniu.

Nie dotarli, nie zdążyli, nie pomogli. Od “współpraci” z PPR – jeśli wierzyć ustaleniom Jerzego Koszady – doczekali się za to profanacji swoich grobów. Wspominając nieludzkie czasy zaspokajamy jak najbardziej ludzkie potrzeby: kanapka, herbata z termosu. Około 1:30 czas ruszać do Palmir. To 6 km, w tym ostatni fragment na czuja,  na przełaj, na północny wschód. Jeśli nagle za porośniętą krzakami piaszczystą wydmą zalśni łuna światełek – trafiliśmy. Jeśli nie, lepiej wrócić do czerwonego szlaku i nadłożyć 2 km, bo alternatywą są całkiem głębokie i chłodne o tej porze roku bajorka. Bagniste, nie zwykły wybaczać błędów.

Palmiry 1 listopada o 4 nad ranem tętnią… śmiercią. Szansa spotkania tu żywego człowieka jest niewielka, ale liczne ślady świeżej bytności wciąż płoną lub przynajmniej tlą się w szklanych kubeczkach. To najczęściej dzieło harcerzy, zwożonych tu w ramach swoistej lekcji historii, pod przymusem, bo nauczycielka, drużynowy i mamusia kazali. Cóż, lepsze to niż nic. Harcerzątka mają małe pojęcie o polityce, ich opiekunowie nie wydają się przesadnie kierować wyborami dziatwy. Rataj czy Niedziałkowski, Brun, Wajzner czy Bronowicki, Kusociński, Świetlicki, Napierski – każdy zwykle ma choć po jednej świeczce. Moje dostawali dwaj pierwsi.

Przy stołach obok cmentarza opróżniwszy reszty zapasów jadła, z niejakim już trudem ruszaliśmy do odległej o zaledwie 2 km Pociechy, by ostatnie znicze postawić na potężnych jak wolna Rzeczypospolita skrzdłach Krzyża Jerzyków. Dzieje tego niezwykłego oddziału, który śmiałbym nazwać AK-Marines, zasługują na dwa tuziny monografii, pięć filmów fabularnych i tyleż dokumentów. Ile powstało? … Pytanie retoryczne.

Pozostawało już tylko wrócić na parking w Truskawiu, by wsiąść w 208/708 lub do zaparkowanego auta. Parę lat temu… nie doszedłem. KaZet zabrał mnie Kryśką. Rok później nie dotrwałem nawet do Truskawia, znów ratował mnie KaZet, tym razem chyba kangurkiem. W roku kolejnym przestałem udawać przed samym sobą, że mogę jeszcze chodzić tej Nocy do Puszczy.

Ale w tym roku niespodziewanie pojawił się 3 godziny temu cień nadziei, że przynajmniej formalnie byłoby to możliwe.

Posted in .lp

6 thoughts on “Listopadowa świeczka wolności

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.