Leski na salony I

Od lat milczałem. Nie wywlekam spraw osobistych, dopóki nie czuję się zmuszony… Dziś, po rozmowie Igora Janke z Krzysiem Królem w wątku na TT, wyjaśnię, co myślę o wydanej w 2015 “Twierdzy”*. Najpierw jednak słowo, jak znalazłem się w Salonie24.pl (uwaga, Igor, gdybyś miał tu trafić, nie czytaj. Proszę).

Igora poznałem w 1989 lub 1990. Ze trzy lata później spędziliśmy razem tydzień na jakiejś wycieczce zorganizowanej przez jakieś (demencja, chyba brytyjskie…) biuro podróży. Wtedy jeszcze nie było dla nas jasne, że wszelki sponsoring dziennikarzy jest niedopuszczalny. Pewnego wieczoru w hotelu, chyba w Niemczech, Igor rozmawiał z dziewczyną bodaj z jakiegoś krakowskiego radia o stypendiach. Oboje bowiem byli stypendystami niemieckich fundacji zaledwie życiową chwilę wcześniej. Tu wszystkie “chyba”, “jeśli pamiętam”, “zdaje mi się” itd. tracą aktualność. Tego dialogu nie zapomnę nigdy, jest bowiem genialnym przykładem dziedziny nauki zwanej “obserwowalność zjawisk”.

Ona: – Fajnie było, tylko strasznie mało płacili, głodna chodziłam.

Igor: – Tak? Dziwne, bo nam płacili świetnie.

Za chwilę miało się okazać, że mówią o tej samej fundacji i tym samym stypendium dla polskich dziennikarzy. Nie wiem, czy Igor odnotował ten fakt i pamięta dialog. W owych czasach to nie ja byłem dementem, ba, uchodziłem za nieznośnie solidnego, punktualnego, zorganizowanego. Roztargniony wiecznie Igor natomiast sam siebie z dumą nazywał wiceprezesem Stowarzyszenia Dementów. Prezesem był Czarek Gmyz, który nigdy nie pamiętał, jakiemu stowarzyszeniu prezesuje. Sekretarzem bodajże przyjaciel Igora Paweł Szwed, którego whereabouts nie są mi dziś znane. Żałuję.

Od tej wycieczki nasza znajomość stała się bliższa. Wkrótce zostaliśmy przyjaciółmi. Szymonek i Mysz znali się niemal od urodzenia i wspaniale bawili się razem, więc Dagmara siłą rzeczy od 1994 była bliską przyjaciółką Izy. Do lata 1997, gdy pewnego sierpniowego dnia Igor musiał zmierzyć się z czymś, czego nadal nie mogę, nie umiem sobie nawet wyobrazić. Pierwszy telefon po południu: “Widzieliście może…?” Gdy byliśmy w łóżku, Młody już pochrapywał barytonem 14-miesięcznego mężczyzny, a Mysz słuchała mojej codziennej bajki, drugi: “Przyjedźcie po mnie… Szymonek…”.

Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, co się stało, poczytaj o tym w relacji samego Igora… 13 lat później. Ja dodam tylko, że… wciąż ciężko o tym pisać, a to już 22 lata. To my namówiliśmy Dagmarę i Igora, by budowali się tam, gdzie i my. Od dwóch lat przemierzając codziennie okolice Warszawy i Konstancina ze szczęśliwą Myszą na siodełku nad tylnym kołem − namawiałem Igora, by i oni sobie takie sprawili. W końcu uległ. Jeśli dobrze pamiętam, tego dnia Dagmara po raz pierwszy postanowiła się wybrać na dłuższą wycieczkę z Szymonkiem.

Gdyby nie ja, to wszystko by się nie wydarzyło. Przepraszam, Jankes. Nie umiem o tym zapomnieć.

* Plany zmieniłem dowiedziawszy się, że Kornel Morawiecki jest w szpitalu, a rokowania są marne. Trzymam za niego kciuki. To nie moment na oceny “Solidarności Walczącej”, a zatem i “Twierdzy”. Tej nocy tylko o Igorze. Część druga za 3-4 godziny.

One thought on “Leski na salony I

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.