Lepszy bratanek

Jakoś rzadziej ostatnio słyszę modlitwy polskiej “prawicy” do Viktora Orbána. Chyba nie z racji jego wsparcia dla Putina, bo czytałem, że to przejaw “dbania o interes Węgier”. Ale  jakoś cicho ostatnio o tym, żo to czy tamto w Budapeszcie ładniejsze, a metro lepsze.

Za to z okazji ukarania Legii przez UEFA posypały się opinie, że to przez Tuska. “Polska bylejakość”, krzyczały portale i blogi “prawicy”. Przywołując brak Polski na tegorocznym mundialu, słaby start w UEFA 2012, mierne wyniki naszych drużyn w europejskich pucharach w ostatnich latach, autorzy mniej lub bardziej wprost wiązali to z rządami Platformy.

O wpływie rządów na poziom krajowej piłki debatować można do woli. Jakiś pewnie jest, przede wszystkim w sferze bazy do treningu najmłodszych. Akurat tu rządy Tuska zrobiły sporo. Ba, moim skromnym zdaniem za dużo: wolałbym, by część kasy wpakowanej w pokazówkę, jaką były Orliki, poszła na choćby kilkanaście porządnych hal sportowych przy szkołach. Z tym bowiem w Polsce dużo gorzej niż z boiskami.

Wrodzona złośliwość każe mi skrobnąć o tym, jak radzą sobie nasi podobno lepsi bratankowie na boisku. Tradycji piłkarskiej możemy im zazdrościć. Węgrzy dwukrotnie byli wicemistrzami świata (1938 i 1958), jeszcze w latach 60. byli potęgą nieomalże nie do pokonania. Mają na rozkładzie wszystkich wielkich tego świata, by wspomnieć 6:3 i 7:1 w dwumeczu z Anglią (1953-54) czy 8:3 z późniejszymi mistrzami, RFN, na turnieju 1954 w Szwajcarii. Z Brazylią wciąż mają dodatni bilans wszechczasów (3 zwycięstwa, remis i porażka). Z Polską wygrali 20 z 32 spotkań. Ferenc Puskás zdobył światową sławę, jakiej nie zaznał żaden polski piłkarz, choć może przed Lewandowskim drzwi jeszcze otwarte.

W latach 60. wciąż byli świetni, w latach 70. bardzo mocni. Kolejne dekady to już tylko regres. W tym stuleciu reprezentacja Węgier ani razu nie przebrnęła przez eliminacje mistrzostw świata (2002, 2006, 2010, 2014) i Europy (2000, 2004, 2008, 2012). Osiem serii klęsk, inaczej określić się tego nie da. Koszmarem były zwłaszcza eliminacje Euro 2008, gdy Węgrzy przegrali z Norwegią 0:4 i 1:4, z Turcją 0:1 i 0:2, potknęli się nawet na Malcie (2:0 i… 0:3).

Egzekucje za rządów Orbána były może nawet bardziej bolesne. Prawdziwym katem byli Węgrów byli Holendrzy: w eliminacjach UEFA 2012 rozgromili Węgrów w Budapeszcie 4:0, w Amsterdamie bawili się w kotka i myszkę zwyciężając 5:3. Dwa lata później w grupie eliminacyjnej mundialu 2014 pomaranczowi znów strzelili 4 bramki nad Dunajem (4:1), a w Amsterdamie – OSIEM (11 X 2013, Holandia-Węgry 8:1).

W miniony weekend rozpoczęliśmy eliminacje Euro 2016. Polska – wyjazdowym meczem z Gibraltarem. W awans wątpię, ale 7:0 z Gibraltarem wstydu nie przynosi. Węgrzy grali u siebie z Irlandią Płn., która słabeuszem nie jest, ale potęgą też nie. Kwadrans przed końcem zdobyli bramkę, ale potem zdążyli dwie stracić. Na start porażka w domu 1:2.

Węgrzy byli i nadal są dużo wyżej od nas notowani w rankingu FIFA, co zawdzięczają głównie niezłym wynikom w meczach towarzyskich. Do dumy z polskiej reprezentacji mi daleko, ale z Madziarami bym się nie zamienił. Dwa razy wywalczyliśmy udział w mundialach (2002, 2006) i raz w UEFA Euro (2008), w którym to turnieju graliśmy także w 2012 otrzymując udział w prezencie jako współgospodarz. Cztery turnieje z ośmiu to trochę lepiej niż 0/8.

W klubowej piłce Węgrom też nie idzie. Poprzednia dekada była wręcz tragiczna – tylko raz madziarski klub przebrnął przez eliminacje Ligi Mistrzów (Debrecen 2009/10, w grupie komplet sześciu porażek) i Pucharu UEFA, obecnie Ligi Europejskiej (Ferencváros 2004/05, w grupie przedostatni). W tej zaś dekadzie w grupie LE grał Debrecen (2010/11, ostatnie miejsce) i Videoton (2012/13, przedostatni). W tym roku Węgrzy poodpadali już w sierpniu. Z grupy nie wyszli jeszcze nigdy.

Tak jak Węgrzy, mamy prawo wystawić po 1 klubie w LM i trzy w LE. W tym stuleciu dwa razy częściej dochodziliśmy do fazy grupowej (7 występów w LE), trzykrotnie udało się nawet z niej wyjść (Lech 2010/11, Legia i Wisła w następnym sezonie). Także i tu więc, choć powodów do dumy niewiele, wstydzić się przed bratankami nie musimy, a nawet odwrotnie.

Muszę przyznać, że w świetle powyższego ja już głupi jestem. Dobry ten Orbán czy nie? Tusk winowajcą polskich porażek czy też rzecz jest ponadpartyjna?

5 thoughts on “Lepszy bratanek

  1. To proste,

    Orban jest dobry, a brak sukcesów węgierskiej piłki nie związków z jego rządami. A gdyby nie Tusk, to Legia, Lech i ktoś tam jeszcze, co roku wychodziliby z grupy w europejskich pucharach. Z Ligą Mistrzów włącznie.

    I czego Pan tu nie rozumie :-).

  2. A nasze osły tez nie lepsze. Usilnie pracują nad zwiększeniem bezrobocia:
    http://wyborcza.biz/Firma/1,101618,16848422,Sejmowy_boj_o_sobote__Dobro_pracownika_czy_haniebny.html#BoxBizTxt
    Piłkarzykowi też nakłamali. Tylko ucieczka do przodu mogła by temat uratować.
    Czyli tak gdzieś 30-godzinny tydzień pracy i skrócenie wieku emerytalnego do ok 60-siątki.
    Tak jak niejednokrotnie pisałem człowiek jest dzisiaj w procesie produkcyjnym coraz mniej potrzebny a nawet przeszkadzający.
    Na marginesie: podobnież już 1 milion ludzi u nas jest zatrudnionych do natrętnego wciskaniu bezwartościowego albo oszukańczego kitu i chłamu przez telefon.

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.