Krzywda wedle Gazety

Lokalne portale gazety.pl cenię za to, że dużo piszą o transporcie publicznym. Szkoda, że najczęściej głupio. To, na co natknąłem się ostatnio, przekracza jednak granice absurdu. Oto wysoko na głównej stronie portalu stołecznego wisi tekst głoszący, że podwyżki cen biletów okresowych są “niesprawiedliwe i krzywdzące”. Przekonana jest o tym czytelniczka, niejaka Ewa, a w niemal każdym zdaniu  bzdura.

Zdanie 1: CIT niemal w całości wpływa do budżetu centralnego. Samorządom zostaje ogryzek. Warszawie tym bardziej.

Zdanie 2: “cały ciężar“? Odwrotnie, Warszawa nadal finansuje gros kosztów linii podmiejskich, okoliczne gminy dokładają circa 1/3.

Zdanie 3: Sulejówek ma “tylko dwie stacje”. Tylko? Dwumilionowa (wg szacunków 2.2-2.3 mln) Warszawa powinna mieć zatem co najmniej dwieście stacji. Ma dziesięć razy mniej. “Tylko jedna linia autobusowa” wozi Sulejowiczan do Warszawy? Policzmy: 173, 315, 411, 502, N21. To chyba pięć. A ile by pani chciała?

Zdanie 4: “brak” autobusów “objeżdząjących miasto”? A czym jest linia 198 do Wesołej? A ile by pani chciała? 300-tysięczny Ursynów ma dwie takie linie.

Zdanie 5: “drastyczna i niesprawiedliwa” podwyżka”? “W najwyższym stopniu“?? Bilety okresowe w Warszawie są i po tej, a nawet następnej podwyżce będą nadal tańsze niż w wielu innych miastach. W liczbach bezwzględnych! Gdy zaś zważyć obszar pokryty usługą i koszt tejże, są absolutnie najtańsze w Polsce. Tak, także te dwustrefowe, choć istotnie teraz podrożeją bardziej niż miejskie.

Zdanie 10: “ja z Sulejówka do centrum Warszawy mam bliżej niż mieszkaniec Białołęki jadący do pracy na Ursynowie”. Możliwe. Co z tego? Aby to zdanie miało jakikolwiek sens, liczba podróży z Białołęki na Ursynów i podobnych powinna mieć udział w stolecznym transporcie choćby porównywalny z odsetkiem, jaki dojeżdżający z Sulejówka do Warszawy stanowią wśród ogółu Sulejowiczan korzystającychj z ZTM. Niech jednak zgadnę: ya pierwsza to pewnie 0.1%, zaś ta druga to 99.5%, a bzdurnośc tezy czytelniczki Ewy jest proporcjonalna to ilorazu tych wielkości, który wynosi niemal tysiąc. Warszawiacy więcej zarabiają, więc powinni płacić więcej? Tak, Marks i Lenin byli tego zdania i do dziś mają wielu wyznawców.

Zdanie 11: więcej gapowiczów, “przesiądą się do samochodów”? Trend w ostatnich latach jest odwrotny mimo drożejących biletów. Ba (uwaga, czytelniczko Ewo, trudne słowa), trend zmiany trendu jest rosnący! Może by też zapytać o koszty eksploatacji samochodów?

Tyle głupot czytelniczki Ewy. Czemu się czepiam gazety? Ponieważ po pierwsze ten idiotyzm wisi na poczesnym miejscu głównej strony stołecznego portalu pośród informacji i informację udaje. Po drugie nie jest zaopatrzony w żaden komentarz redakcyjny, w żadną polemikę czy sprostowanie.

Rozumiem, że istnieją postawy roszczeniowe, tu zaprezentowane w całej okazałości przez czytelniczkę Ewę. Rozumiem, że media informują o ich istnieniu. Skandalem jest, gdy tak bzdurne opinie prezentowane są w sposób mogący sprawić, że wielu nie zauważy, iż nie pochodzą od redakcji. W ten sposób gazeta.pl przyczynia się, nie po raz pierwszy, do rozprzestrzeniania głupoty.

40 thoughts on “Krzywda wedle Gazety

  1. To, że w Warszawie – wziąwszy pod uwagę obszar usługi – są najtańsze w Polsce, świadczy chyba tylko o tym, że inne duże miasta nie chcą/nie mają kasy, aby subsydiować w takim stopniu, w jakim robi to Warszawa.

    Jednak tłumaczenia urzędników miejskich, że przecież ceny biletów w Warszawie są konkurencyjne…z innymi stolicami europejskimi, też trącają jakimś wysublimowanym poczuciem humoru.

    Zwłaszcza, jak tą “konkurencyjność” przyłożyć do siły nabywczej pieniądza.

    Trzykrotnie mniejszy powierzchniowo Sztokholm, ma trzy linie metra z odnogami, szybką kolej na Arlandę. Nie wspominając już o 3 autostradach (E4, 18, 20), które przecież i tak nie rozwiązują problemu korków w godzinach szczytu.

    Warszawa jest doktnięta permanentnym piętnem miasta, które ma coś zawdzięczać całej Polsce i jednocześnie (z niewiadomych przyczyn)oddawać część swojego dochodu, rzekomo biedniejszym.

    Myślę, że sporo osób, jest w stanie wytrzymać te podwyżki. Niemniej, przydałoby się je uzasadniać trochę bardziej przekonywująco, niż faktem oddania do użytku “protezy” II linii metra za dwa i pół roku.

    Transport publiczny kosztował, kosztuje i będzie musiał kosztować. A miastu i tak nigdy się nie zbilansuje. Grunt to, aby docierał wszędzie tam, gdzie jest potrzebny, był dobrze skoordynowany i odpowiadał potrzebom ponad 3,5 – milionowej aglomeracji.
    Póki co, dużo nam do tego jeszcze brakuje.

    1. Drogi partyzancie, kulą w płot… Po pierwsze, nie wspominam o innych krajach. Po drugie – czego właściwie ma dowodzić porównanie ze Sztokholmem i dalsze wywody? Dowodziłoby czegokolwiek, gdyby miasto Sztokholm wułożyło choć trzy korony na budowę swego metra. Ale nie musiało, bo zbudował je budżet. Warszawa pozostaje jednym miastem na świecie, które buduje metro praktycznie samo.

  2. Panie Krzysztofie.

    Przecież napisałem wyraźnie, że Warszawa jest ofiarą jej odbioru przez resztę Polski. A jak to się przekłada na konkretne pieniądze dla miasta (a raczej nie przekłada) to już Pan najlepiej wie 🙂

    Porównanie ze Sztokholmem dlatego:

    a)mogę “organoleptycznie” porównywać komunikację miejską Warszawy i Sztokholmu
    b)przeczytałem wczoraj, iż Ratusz podwyżki cen biletów, uzasadnia z grubsza również takim oto argumentem, że w innych europejskich stolicach, jest przecież drożej

    Istotnie, ma to żaden związek z Pana tekstem, ale napomknąć o tym w komentarzu chciałem 🙂

  3. btw

    Może dla rządów państw, gdzie stolice i opłotki, stanowią z grubsza 1/4 mieszkańców kraju (Sztokholm, Praga, Budapeszt), o wiele bardziej zasadnym, jest wspierać inwestycje miejskie z budżetu centralnego?
    Z kolei Moskwa, Paryż, Londyn, Madryt, Berlin – są przykładami miast, gdzie inny wariant, niż pomoc budżetowa, byłby trudny do wyobrażenia. Bo to są z kolei (może poza Paryżem) ogromne organizmy miejskie.

    Co nie zmienia faktu, że w dbaniu o swoją stolicę, Polska jako całość, sięgnęła jakieś niechlubnego rekordu…zaniedbania.

    1. Kurde, podawanie tutaj Londynu jako jakiegokolwiek przykładu to jakaś kpina.

      Ostatnio byłem w Londynie. Za tygodniowy bilet zapłaciłem 120 złotych (!). Przy okazji od kumpeli mieszkającej tam od 2 lat nasłuchałem się, jak to Londyn ma fatalnie zorganizowaną komunikację w porównaniu z Warszawą, gdyż poza siecią metra praktycznie nigdzie nie da się dojechać (trasy autobusowe są wąskie i wiecznie zakorkowane, autobusy mają absurdalne trasy i przesiadki, nocne są beznadziejne).

      Cudze chwalicie, swego nie znacie…

      1. Racja, swieta racja. Niech kumpela wraca. Pojezdzi metrem w te i nazad.
        Autobusem w poprzek i po skosie.

        Dla mnie odkrycie londynskiego systemu komunikacji bylo wydarzeniem o wymiarze przelomowym.
        Zapach metra. Albo zapach wody issey miyake, ktora debiutowala wowczas na toaletach kobiet. Niesamowite wspomnienia.

        1. No jasne, bo przedtem nie studiowała 5 lat w Warszawie i nie jeździła metrem w te i nazad (a rodzinę ma we wzmiankowanym już tutaj Sulejówku). Znaczy się, nie wie o czym mówi, bo przecież jak można chwalić komunikację w mieście, którym zarządza (o zgrozo!) Hanka? Nie do pomyślenia!

          1. eee, nie w tym rzecz. Tylko jakos ludzie z Warszawy do Londynu pedza, a nie na odwrot. Wiec jednak da sie zyc w tym Londynie.

            Tekst jak sadze jest tez i o tym, zeby nie porownywac tego, czego nie porownywac.
            Wiec trzymajac sie tego – nie porownywalbym Londynu i Warszawy.

            O HGW sie nie zajaknalem.

            Moja uwaga dotyczyla tego, ze:

            1. System londynski nie jest zly. Wiecej: jest bardzo dobry.
            2. W Londynie czy Nowym Yorku ludzie akceptuja niewygody w zamian za mozliwosci. Warszawa tez tak ma, ale i tak ludzie wybieraja Londyn przed Warszawa.

  4. Dyskusja nie do rozstrzygnięcia. Jako urodzony warszawiak solidaryzuję się z argumentacją Krzysztofa – nie zgadzam się z tezą, że Warszawa winna płacić tak wysokie janosikowe. Argumentacja, że Warszawa jest coś winna reszcie kraju, jest fałszywa od początku.

    Jednak, ponieważ ostatnio mieszkam przy drodze (nie każdy warszawiak może kupić sobie mieszkanie w Warszawie), którą Krzysztof wozi córkę do szkoły, to widzę, jak wielu ludzi nią podąża – przede wszystkim do Warszawy, do pracy, a później tą drogą wraca. Nie jest tajemnicą, że setki tysięcy pracowników warszawskich mieszka faktycznie w miejscowościach podwarszawskich. Spięcie zatem suburbiów sensowną siecią komunikacyjną przyniosło by korzyść nie tylko suburbiom, ale i samej Warszawie.

    Prostą obserwacją może być położenie parkingów P+R. Umieszczono je dokładnie w miejscach, w których dojeżdżający spod Warszawy kierowca właśnie skończył stać w korku na wjeździe do Warszawy. A skoro już nie stoi, to po co ma wysiadać z auta? Skoro nie zakładam tu złej woli, głupoty, opieszałości urzędników, przyjąć muszę po prostu, że od momentu zaplanowania przedsięwzięcia, do jego zakończenia, zmieniły się warunki na drogach dojazdowych.

    Ja na przykład organicznie nie znoszę prowadzenia samochodu, a już szczególnie w korkach, choć nawet w korkach czas dojazdu z Kcina na Ochotę jest co najwyżej ten sam, co przy pomocy komunikacji publicznej. Powtarzam: co najwyżej ten sam. A jednak wolę w podróży spędzić więcej czasu, ale sobie poczytać książeczkę i zaoszczędzić samochód na ważniejsze okazje. Stąd należę do wielbicieli transportu publicznego, nawet jeżeli oznacza to większe ryzyko zachorowania na grypę. Stąd wszelkie akcje prowadzące do powiększenia sieci komunikacyjnej w okolicach Warszawy popieram całym sercem.

    Pytanie tylko, w którym miejscu ten rozrost sieci należy zatrzymać? Podobno Warszawa “wysysa” zasoby ludzkie w promieniu ponad 100km. Ale tylko niewielki procent pracowników dojeżdża stale z tak daleka, wolą wynająć coś na miejscu i wracają na weekendy (tzw. słoiki, nie uwłaczam, przytaczam). Wydaje mi się, że granicą sprawnego dojazdu (bez zdefiniowania, jakim sposobem, choć na pierwszy strzał wysuwają się szybkie linie kolejowe), powinna być Wielka Obwodnica Warszawy, czyli krąg Nowy Dwór Mazowiecki, Wyszków, Mińsk Mazowiecki, Góra Kalwaria, Grójec, Mszczonów, Sochaczew, Wyszogród. Za miejscowości wchodzące w skład stałej sieci komunikacyjnej, czyli faktycznie zewnętrzne dzielnice miasta powinny zostać uznane Legionowo, Radzymin, Wołomin, Sulejówek, Otwock, Piaseczno, Nadarzyn, Grodzisk, Pruszków, Błonie – dalej jest Puszcza Kampinoska, więc nie ma jak zamknąć okręgu, ale “do środka” należy też wciągnąć Łomianki i okolice z Czosnowem.

    A już bardzo mnie deprymuje, kiedy ktoś żąda zbilansowania kosztów komunikacji miejskiej w aglomeracji – przecież nie o to tu chodzi, tylko o usprawnienie krwiobiegu! Zyski są gdzie indziej, nie w biletach za przejazd, nie w opłatach za autostrady!

    Jeżeli Warszawa nie dorobi się sensownej sieci komunikacyjnej, spodziewam się, że jeszcze za mojego życia zobaczę odpływ inwestorów do Wrocławia, który ma znacznie korzystniejsze położenie geograficzne, a i okolica ładniejsza, a ludzie sympatyczniejsi, twierdzę to jako warszawiak. Dixit 😉

      1. Drożej niż metro? Zaledwie czterokrotnie taniej? Nie ironizuję, nie mam pojęcia, ile to kosztuje. Może trolejbus? Może na początek zrobić, co się da (jest też linia kolejowa na Siekierki, własność Vattenfalla)?
        http://pl.wikipedia.org/wiki/Linia_kolejowa_nr_937 – strasznie to powoli się dzieje
        Może się niejasno wyraziłem – nie uważam, że Warszawa powinna budować to wszystko tylko za swoje, ale powinna partycypować, podobnie, jak zainteresowane gminy, na miarę możliwości. Rozbudowa sieci transportowej w aglomeracji jest zawsze rozsądnym posunięciem, moim skromnym zdaniem znacznie rozsądniejszym, niż ładowanie ćwierci miliarda w jakiś stadion, ale kim ja jestem, skoro nie oglądam piłki?

        1. Trolejbus już był… Szybki trawmaj to koszt porównywalny z autostradą, ale tu trzeba by sporo estakad lub tuneli – na Ursynowie i w samym Piasecznie, bo na powierzchni nie ma miesjca. Koszt od 10 mln zł za kilometr w górę, plus tabor.
          W górę do ilu? Szybki tramwaj w tunelu to po prostu metro. Koszt od 100 mln zł za kilometr w górę zależnie od geowarunków i głębokości, jedna stacja 200-300 mln, plus tabor.
          Tor na Siekierki jest nie do wykorzystania. Nasyp na jeden tor, sam tor w tragicznym stanie, trasa bez sensu. Adaptacja dla szybkiego tramwaju byłaby droższa niż budowa nowej linii. Absurdalne byłyby oba kierunki do Warszawy – przez Siekierki i Nową Iwiczną.

          1. Trolejbus już był… No właśnie. I należę do tej grupy, która zadaje sobie pytanie, komu to przeszkadzało? Po prostu nie znam przyczyn likwidacji trolejbusu. Może był droższy niż autobus? Czytam wiki i widzę, że na trasie do Piaseczna rzeczywiście najlepszy byłby duobus z własnym buspasem, jeżeli chodzi o koszty eksploatacji.
            Koszt budowy szybkiego tramwaju (czy ten w Łodzi od Zgierza do Ozorkowa to właśnie rozumiany przez Ciebie szybki tramwaj?) podobny do autostrady? Naprawdę zadziwiające. W takim razie Biuro Promocji Miasta winno trochę bardziej się przyłożyć do swojej pracy, bo to wymaga dobrej akcji informacyjnej, żeby ludzie uwierzyli, że położenie 4 torów, rozwieszenie kabli i kupienie paru wagonów odpowiada sześciu pasmom asfaltu na specjalnych nasypach itp.

            Zresztą, co tu dużo gadać. Moja sytuacja nie jest taka zła: zaledwie 7km spacerkiem przez Las Kabacki do Metro Kabaty i praktycznie jestem w mieście, poza ścisłą zimą nie zależę od okolicznego systemu komunikacyjnego, wystarczy, że wyjdę z domu o 6:00…

            1. @flamenco108
              “Koszt budowy szybkiego tramwaju (czy ten w Łodzi od Zgierza do Ozorkowa to właśnie rozumiany przez Ciebie szybki tramwaj?) podobny do autostrady?”

              To nie była “budowa szybkiego tramwaju”, tylko humbug Kropiwnickiego. Bo: nie budowano, tylko modrenizowano istniejącą trasę i nie jest szybki, ponieważ przemieszany z innymi liniami w Łodzi (jeździ z częstotliwoscią i szybkością dokładnie taką samą jak inne linie, z którymi dzieli tory). Nie wspominając, że nie od Zgierza do Ozorkowa (nie zrealizowano całości).

              Chyba raczej nie o to chodziło Leskiemu.

  5. “Dyskusja nie do rozstrzygnięcia. Jako urodzony warszawiak solidaryzuję się z argumentacją Krzysztofa – nie zgadzam się z tezą, że Warszawa winna płacić tak wysokie janosikowe. Argumentacja, że Warszawa jest coś winna reszcie kraju, jest fałszywa od początku.”

    Oczywiście że jest winna. Ma gigantyczne profity z racji swojej stołeczności, więc niech się nimi podzieli. (Nie chcę teraz dyskutować o wysokości janosikowego, które może rzeczywiście jest za duże, ale o samej idei).

    “Jednak, ponieważ ostatnio mieszkam przy drodze (nie każdy warszawiak może kupić sobie mieszkanie w Warszawie), którą Krzysztof wozi córkę do szkoły, to widzę, jak wielu ludzi nią podąża – przede wszystkim do Warszawy, do pracy, a później tą drogą wraca. Nie jest tajemnicą, że setki tysięcy pracowników warszawskich mieszka faktycznie w miejscowościach podwarszawskich. Spięcie zatem suburbiów sensowną siecią komunikacyjną przyniosło by korzyść nie tylko suburbiom, ale i samej Warszawie.”

    Ależ do licha ciężkiego, ludzie kupując mieszkanie na suburbiach chyba powinni doliczyć do rachunku koszty i czas dojazdów? Bardzo nie podoba mi się myślenie, w którym ktoś najpierw buduje sobie domek za miastem, a potem oczekuje od innych (tu: władz Warszawy czy przyszłej aglomeracji warszawskiej) wybudował mu wypasioną drogę i autobus. Urban sprawl jest zjawiskiem niekorzystnym m.in. właśnie dlatego, że generuje nieproporcjonalnie wysokie koszty transportu.

  6. Ależ do licha ciężkiego, ludzie kupując mieszkanie na suburbiach chyba powinni doliczyć do rachunku koszty i czas dojazdów? Bardzo nie podoba mi się myślenie, w którym ktoś najpierw buduje sobie domek za miastem, a potem oczekuje od innych (tu: władz Warszawy czy przyszłej aglomeracji warszawskiej) wybudował mu wypasioną drogę i autobus.
    Zdaję sobie sprawę, że ironizujesz, bo przecież wiesz, że cena metra w Piasecznie wynosi 50% ceny w Warszawie. Zapewne też nie uważasz kupujących tam mieszkania za idiotów, którzy dziwią się w jaki kompot wpadli, zanim wydali pieniądze swojego życia, tylko rozumiesz, że nie każdy zdolny jest płacić równowartość dwóch swoich pensji brutto za metr mieszkania w rodzinnym mieście i decyduje się zapewnić swojej rodzinie lokum dalej od centrum.

    Urban sprawl w świetle powyższego (jak również i Twojego, a niby dlaczego wszyscy mają się gnieździć w 40 metrach?) jest zjawiskiem nie do uniknięcia. Warszawy jednak wciąż nie dotyczy – czego dowodem jest właśnie brak inwestycji(a zatem i brak pracy, komunikacji, mediów itp.) na obszarach, gdzie coraz więcej ludzi się osiedla. A komunikacja publiczna jest dobrą odpowiedzią na problemy związane ze zjawiskiem urban sprawl. Stąd wnoszę, że ironizujesz, bo użyłeś pojęcia odwrotnie do jego znaczenia.

  7. “Profity stołeczności” to zgrany argument zwolenników zrównania Warszawy z ziemią. Klopot w tym, że gdy proszę o podanie choć jednego konkretu, okazuje się, że to same urojenia, poczynając od słynnego “podatku płaconego w Warszawie przez fimy mające tu swoje centrale”.

  8. Panie Krzysztofie, bez żartów, to to jest jakiś denializm. Można dyskutować o wysokości czy nawet idei janosikowego, ale zaprzeczać profitów stołeczności?

    1. W Warszawie mają siedziby wszystkie urzędy centralne. Lekko licząc kilkadziesiąt tysięcy na ogół dobrze płatnych miejsc pracy.

    2. Stołeczność przyciąga do Warszawy centrale banków, mediów i wielkich korporacji (nawet tych, które prowadzą działalność operacyjną poza Warszawą, vide KGHM). Następnych kilkadziesiąt, a raczej paręset tysięcy.

    3. Nawet jeśli nie wszyscy pracownicy tych firm płacą podatki bezpośrednie w Warszawie, to wszyscy kupują w Warszawie produkty i usługi: wynajmują mieszkania, chodzą do restauracji, fryzjera i na fitness, kupują w warszawskich sklepach. To wszystko generuje następne miejsca pracy.

    Jeśli to nie jest profitem stołeczności, to co jest?

    1. 1.Urzędy centralne to przystań dla spadochroniarzy najczęściej z rodzinnego miasta ministra, liczebność ich załogi raczy Pan przeceniać, podobnie chyba płace – zwykły urzędnik zarabia dużo gorzej niż w sektorze prywatnym.

      2. Kilkaset tysięcy miejsc pracy w “centralach banków, mediów i wielkich korporacji”? Proszę Pana, oni (poza mediami publicznymi) potrafią liczyć. Nawet nie kilkadziesiąt tysięcy. KGHM w nowej centrali w Warszawie zatrudni może ze dwieście osób, z czego połowa (na lepiej płatne stołki) przyjedzie z Dolnego Śląska. A że Warszawa przyciąga – to tylko przez stołeczność, czy może wpływa na to rozwój i atrakcyjność miasta?

      3. Zgoda, aczkolwiek miejski samorząd nie ma z tego prawie nic (wszak VAT to w 100% dochód budżetu centralnego).

      4. Te same przyczyny, które gernerują “profity”, oznaczają też setki problemów. Choćby nieustanne demonstracje. Koszty ponosi w dużej mierze miasto. No i mieszkańcy.

      5. Analogiczne, choć mniejsze “profity” mają stolice innych województw. Jednak traktowane są zupełnie inaczej przez budżet przy podziale inwestycji (przypomnę choćby, że Kraków dopiero trzy lata temu pojął, iż czasem sam musi zbudować większą drogę, bo GDDKiA nie będzie już płacić za wszystko). Nie płacą Janosikowego (no, Poznań i Kraków po cicra 5% tego co Warszawa). Itp., itd.

      6. Pomówmy o liczbach. Warszawa generuje 15% polskiego PKB (prawie 200 mld zł w tym roku) i – uwaga – prawie 40% przychodów podatkowych budżetu (w tym roku zatem circa 100 mld zł). Otrzymuje zaś circa 7% budżetowego tortu poprzez nakłady np. na policję czy sądy oraz w formie dotacji i subwencji (szkoły, służba zdrowia,inwestycje drogowe GDDKiA itd.), czyli jakieś 20 mld zł, z czego miliard zabiera janosikowe. Zechce mi Pan dowieść, że “profity stołeczności” warte są rocznie 80 mld zł?

  9. [i]1.Urzędy centralne to przystań dla spadochroniarzy najczęściej z rodzinnego miasta ministra, liczebność ich załogi raczy Pan przeceniać, podobnie chyba płace – zwykły urzędnik zarabia dużo gorzej niż w sektorze prywatnym.[/i]

    Tak czy owak, te miejsca pracy są w Warszawie, a nie gdzie indziej. W całej administracji publicznej zatrudnionych jest podobno 450 tys. ludzi – myślę, że te kilkadziesiąt tysięcy to jest bardzo bezpieczne oszacowanie.

    [i]2. Kilkaset tysięcy miejsc pracy w “centralach banków, mediów i wielkich korporacji”? Proszę Pana, oni (poza mediami publicznymi) potrafią liczyć. Nawet nie kilkadziesiąt tysięcy. KGHM w nowej centrali w Warszawie zatrudni może ze dwieście osób, z czego połowa (na lepiej płatne stołki) przyjedzie z Dolnego Śląska.[/i]

    Ależ oczywiście że przyjedzie z Dolnego Śląska (jeszcze by tego brakowało, żeby koncern miał przez kaprys ministra tracić swoich najlepszych pracowników), ale tak czy owak będą teraz wydawać swoje pieniądze w Warszawie, tworząc bogactwo Warszawy, a nie Lubina. Gdy utworzą się vacaty, na nowe stanowiska łatwiej będzie startować mieszkańcom Warszawy niż Dolnego Śląska.

    [i]A że Warszawa przyciąga – to tylko przez stołeczność, czy może wpływa na to rozwój i atrakcyjność miasta?[/i]

    Który w dużej mierze wynika z rzeczonej stołeczności. Czy na przykład przedstawicielstwa zagranicznych firm dlatego lokowały siedziby w Warszawie, że to takie fajne miasto, czy może dlatego, że – jako stolica – miała najlepsze połączenia ze światem.

    [i] Pomówmy o liczbach. Warszawa generuje 15% polskiego PKB (prawie 200 mld zł w tym roku) i – uwaga – prawie 40% przychodów podatkowych budżetu (w tym roku zatem circa 100 mld zł). [/i]

    Ale co to znaczy “Warszawa generuje”? Generują firmy z siedzibą w Warszawie i ludzie pracujący w Warszawie. Jaka ich część jest w Warszawie tylko – albo w dużej mierze – ze względu na jej stołeczność?

    Rozumiem, że będziesz wypierał ze świadomości fakt, że sukces gospodarczy Warszawa zawdzięcza w znacznym stopniu swojej funkcji. Ale to się da w prosty sposób sprawdzić: w dzisiejszych czasach przeniesienie siedzib urzędów państwowych do innych miast nie jest problemem nie do rozwiązania. I wtedy możemy likwidować janosikowe.

    1. “Ale to się da w prosty sposób sprawdzić: w dzisiejszych czasach przeniesienie siedzib urzędów państwowych do innych miast nie jest problemem nie do rozwiązania.”

      – Oho, przenosimy stolicę. Brawo. Ja popieram w każdym razie.

      A propos problemów nie do rozwiązania, proszę sprawdzić jak wyglądają siedziby głównych urzędów państwowych. Na liście “problemów nie do rozwiązania” jest m.in. rozbudowa parlamentu, który od kilkunastu lat notorycznie się nie mieści. Znakomitą część gmachów państwowych zbudowano za czasów carskich (z siedzibą Prezydenta RP na czele) i do dziś nie we wszystkich są windy (że o takich luksusach jak sprawna wentylacja czy klimatyzacja nie wspomnę). Warszawa nie ma nawet jednego ratusza. A niedawne hece z siedzibą IPN są świetną ilustracją nieruchomości urzędów centralnych.

      Ale OK, w państwie, które przez dwie dekady nie jest w stanie kupić kilku samolotów i wyszkolić pilotów dla swoich władz budowa nowej dzielnicy rządowej “nie jest problemem nie do rozwiązania”.
      Gratuluję optymizmu.

      A jeśli komuś się zdaje, że w dobie nowych mediów nie trzeba trzymać urzędów centralnych w jednym miejscu, ten niech odpowie, po jaką cholerę Niemcy zbudowali nowiuteńką dzielnicę rządową (wraz z ambasadami) w Berlinie.

    2. airborell: Przykro mi, Pan wciąż o mitach. Kończę tę dyskusję, bo nie ma ona sensu, dopóki nie dokształci się Pan prawnie (jak i gdzie płaci się CIT i VAT, jaki podastek jest w jakiej części dochodem samorządu) i faktograficznie (ponad 2/3 administracji publicznej to samorządy, które rzadko mieszczą się w Warszawie), nie przestanie obracać się w sferze mitów i haseł, nie podejmie rozmowy o liczbach. Wyzwanie dla Pana to 80 mld zł rocznie.

  10. Nie, my po prostu rozmawiamy o czym innym. Ja mówię o tym, że urzędy centralne i centrale firm generują ileś tam miejsc pracy w Warszawie (których liczbę Pan moim zdaniem zdecydowanie zaniża), które to działają mnożnikowo na warszawski PKB. Do oceny jest, w jakim stopniu. Pan pomija tę kwestię, skupiając się na zbijaniu argumentów o podziale VAT i CIT (w ogóle nie dyskutowałem na ten temat).

    Ta dyskusja rzeczywiście nie ma sensu.

    1. skupiając się na zbijaniu argumentów o podziale VAT i CIT

      Istotnie nie ma sensu, albowiem powyższe dowodzi, że łaskawy Pan nawet nie czyta tego, co piszę. I gorzej: łaskawy Pan nie wie, co sam mówi. Albowiem owszem, teza o wielkich zyskach Warszawy implikuje związek z VAT i CIT.

      Na zakończenie poinformuję Pana o tym, co i jaką część podatkowego tortu stanowi: VAT 45%, akcyza 22%, PIT 14%, CIT 10%. W świetle proporcji podziału poszczególnych podatków pomiędzy samnorządy i centralę widać, że owe zyski Warszawy są urojone.

  11. Bilety okresowe w Warszawie są i po tej, a nawet następnej podwyżce będą nadal tańsze niż w wielu innych miastach. W liczbach bezwzględnych!

    Można by poznać z imienia i nazwiska te wiele innych miast Polski ?

  12. Napiszę Ci coś (Tykanie całkiem świadome).
    Zrobiłbym to na maila, ale nie ma takiej możliwości, więc musi zostać komentarz. Zrobisz z nim co zechcesz.

    Spotkałem się po raz pierwszy z Twoim nazwiskiem na salonie24. Generalnie odniosłem bardzo pozyzytywne wrażenie, tematy były bardzo ciekawe, naświetlenie bardzo interesujące. Opisy listopadowych wycieczek na groby bardzo mnie ruszały.
    I tak to było dopóki nie zacząlem czytać Twoich komentarzy pod Twoimi tekstami.
    I gros mojej sympatii do Ciebie uleciało.
    Jakby oba te teksty pisały dwie różne osoby.

    W notkach wychodził ciekawy rozsądny człowiek z interesujacym punktem widzenia, mający coś do przekazania.
    W komentarzach dominował zapatrzony w lustro narcyz traktujący innych z góry, reagujacy agresją na dowolny telst który uznał za krytyczny wobec siebie. Czyli w praktyce na dowolne inne zdanie niż własne.

    Przestałem czytywać Twoje komentarze. Nie były warte czytania po prostu.

    Potem zniknąłeś – i po pewnym czasie popjawiłeś się tutaj. Masz swoje własne kółko wzajemnej adoracji – zwykle tak jest w sieci. Ludzie tak mają. Ani mnie to ziębi, ani grzeje. Nie mój cyrk, nie moje małpy. Akcesu nie zgłaszam w każdym razie.

    Nie miałem zamiaru się tu rejestrować. Czasem zaglądałem i czytałem notki. I tyle.
    Tak się składa że ostatnio w ciągu dwóch tygodni byłem dwa razy w Warszawie. Jestem z Trójmiasta i tak się składa że ceny przejazdów na pewno nie są mniejsze w stolicy niż u mnie, nad morzem.
    Z tego co pamiętam z wizyt u mojego przyjaciela w Krakowie tam również było nieco taniej. Poznania nie jestem pewien, we Wrocławiu dawno nie byłem, w Łodzi nigdy. Ale z tego co wiem pretendujesz do wyższych standardów niż zwykle w blogosferze. Więc – zakładałem – że zrobiłeś w miarę przyzwoite sprawdzenie danych zanim puściłeś notkę, więc sądziłęm że zadam pytanie i dostanę szybką odpowiedź: “te wiele miast to np. osiem miast wojewódzkich” czy coś w tym stylu.
    Tylko że Ty tak naprawdę nie wiesz, prawda ? Zarzucasz innym powierzchowność i głupotę. Fakt, nie brakuje jej.
    Mówisz że będę musiał odszczekiwać. Nie ma sprawy. Tylko co mam odszczekiwać – swoje pytanie o dane ?

    Odpowiedz, proszę, nie mi, ale samemu sobie – naprawdę jesteś aż tak bardzo rózny od osób które piętnujesz ?

    Twoja wymiana zdań z kolegą o ksywie airobell jest – po prostu smutna. Brakuje mi innego słowa. Smutna – bo odniosłem wrażenie że Ty chyba przestajesz porafić rozmawiać z kimś kto uważa inaczej.

    Co do waszej rozmowy. Mi Polska przypomina Francję. Podobnie jest z dużymi miastami, podobnie z centralizacja, ba, nawet podobnie z “cohabitation”. I airobell ma – moim zdaniem – bardzo dużo racji w tym co mówi. Tylko że Ty nawet nie spróbowałeś posłuchać – zbyt zajęty byłeś słuchaniem tego co Ty mówisz.
    Więcej dystansu wobec samego siebie … jeżeli to możliwe. Więcej dystansu.

    1. 1. Zdarza mi się, że modyfikuję zasady wobec tych, którzy złamali je wobec mnie. Właśnie podałem imiona i nazwiska. W odpowiedzi na coś, conie było żadnym pytaniem, tylko zaczepką z dużą dozą pogardy.

      2. Co do: “Tylko że Ty tak naprawdę nie wiesz, prawda ?” – raczyłeś to napisać pół godziny po tym, gdy opublikowałem swoją szeroką odpowiedź. Nie raczyłeś nawet na nią zerknąć. Sorry, cześć.

    2. PS. Airborell to przykład bliźniaczy: on też jest odpornmy na fakty, powtarza wyłącznie mity i każdy kolejny uważa za dowód poprzedniego. Gdy z jednej strony jest opinia podparta argumentami, a druga strona zamiast próbować je obalić lub przedstawić dowody swoich tez powtarza w kółko gołosłowne hasło, rozmowa nie ma sensu. Nie na tym blogu.

  13. Pisanie wypowiedzi chwilę trwa. Robiłem to zanim wrzuciłeś tekst. Opublikowałem komentarz, potem spojrzałem na nowy wpis. Owszem dziękuję za dane. Czego oczekiwałem – napisałem. Chciałeś rozszerzyć temat, zrobić tabelę, dzięki czemu masz choćby “hard data” do polemik z Łukaszem Warzechą – super, ja ze swej strony bardzo dziękuję.

    Mój wpis był zaczepką z dużą dozą pogardy … wybacz, ale naprawdę nie potrafię tego skomentować. Ręce mi opadają.

    Za analizę mojej skromnej osoby (odporność na fakty, powtarzanie wyłącznie mitów, uważanie każdego kolejnego za dowód poprzedniego) również dziękuję, pozostaję pod wrażeniem. Ironia i sarkazm tym razem zamierzone i celowe.

    Jeżeli pozwolisz nie będe więcej komentował wpisów, dla mnie nie ma to większego sensu, a Tobie przynajmniej oszczędzi konieczności użerania się z głupotą, niewiedzą i nie wiem czym tam jeszcze.

    1. @rosomak

      No, i jak małym fiutkiem trzeba być aby (w twojej sytuacji) nie napisać “sorki, nie miałem racji ze swoim bezsensownym przypierdalaniem się”?!

      PS
      “Masz swoje własne kółko wzajemnej adoracji” – a to niby o mnie? 🙂

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.