Kropla w kroplę 2

Zdałoby się oczywistość: nic, absolutnie nic z rzeczy opisanych w części pierwszej się nie zdarzyło. Nie mogło, nie miało prawa się zdarzyć. Było absolutnie niewyobrażalneMoja prowokacja miała ośmieszyć wszechobecne dziś w necie tezy, że “naprawdę”, “bez przesady”, jest dziś “jak za komuny”, a może “nawet gorzej”. Ale okazało się, że niejeden się nabrał, a na fejsie zgłaszano mi zamiar wybrania się do biblioteki publicznej, by sprawdzić roczniki “Życia Warszawy”… Jedyne, co jest w tym tekście prawdziwe, to fraza “był maj 1985 r.”.  W tym sensie, że był taki miesiąc w owym roku. Za komuny brakowało prawie wszystkiego, ale miesiące następowały po sobie normalnie. I na tym koniec.

Żaden reżimowy dziennikarz nie wpadłby nawet na pomysł, by próbować dotrzeć do jakichkolwiek dokumentów MSZ poza formularzem wniosku o wydanie paszportu. A gdyby wpadł, szybko by wpadł, bo w MSW też raczej nie pracowali wariaci z zadatkami na Wallenrodów. Oczywiście żadna legalna gazeta nigdy by nie opublikowała żadnego takiego tekstu, choćby nawet opisywał tajny skądinąd cennik dań w bufecie MSW. Nikt by tego nie napisał. A gdyby, to naczelny by nie puścił, zaś na autora najpewniej nasłałby bezpiekę. Gdyby zaś naczelny oszalał, był przecież cenzor, która w drukarni czytał po trzy razy każde słowo, zanim zezwolił na odlanie czcionek. Gdyby zaś nawet naczelny i cenzor upili się razem i postanowili zaszaleć, nakład zostałby wstrzymany, nim by trafił do furgonetek “Ruchu”, monopolisty w dystrybucji prasy. Wszyscy zaś w to szaleństwo zaangażowani trafiliby albo do więzień, albo w najlepszym razie na czarną listę tych, dla których nie ma żadnej pracy wymagającej matury. Mieliby prawo tłuc kamienie.

Gdyby zaś po jakiejś niewyobrażalnej serii cudów tekst się ukazał, a choćby część nakładu trafiła do kiosków, nikt nie dowiedziałby się o tym inaczej niż tylko pocztą pantoflową. Między bajki trzeba oczywiście włożyć pomysł, że inne gazety czy “Dziennik Telewizyjny” sprawę by odnotowały. Możliwości są trzy: (1) milczałyby, do czego nie był potrzebny żaden nakaz — wystarczy, że w serwisie PAP nie byłoby o tym wzmianki; (2) zamieściłyby bez żadnych własnych dodatków notatkę PAP, gdyby politbiuro KC PZPR uznało za stosowane, by się ukazała, a głosiłaby, że antysocjalistyczne elementy finansowane przez CIA usiłowały dokonać podłej prowokacji w jednej z gazet, lecz udaremnili to dzielni chłopcy z SB. O meritum, o treści tekstu, ba, o tym nawet, że w ogóle chodziło o niecenzuralny artykuł — nie byłoby słowa; (3) gdyby wszakże decydenci uznali, że trzeba mocniej, gazety zamieścily notatkę i jednolity komentarz także z serwisu PAP, a “Dziennik Telewizyjny” — szerszy reportaż o aresztowaniu sprawców prowokacji, u których znaleziono bezdebitowe wydawnictwa, broń i amunicję oraz listę działaczy partyjnych do likwidacji.

Nie byłoby żadnego oświadczenia MSW choćby dlatego, że czerwona propaganda niemal nigdy nie dyskutowała z treściami głoszonymi przez podziemną opozycję. Ba, niemal nigdy nie przytaczała tych treści. Propaganda demaskowała autorów, dowodziła, że są zbrodniarzami, agentami CIA, oszustami, złodziejami, w najlepszym razie przemytnikami i drobnymi kombinatorami.

Jest zatem oczywiste, że Lech Wałęsa mógłby sobie komentować — jego słowa notowali wyłącznie dziennikarze podziemni i zagraniczni, po kraju rozchodziły się w podawanych z rąk do rąk i ostro ściganych przez bezpiekę podziemnych biuletynach, a także dzięki zagranicznym rozgłośniom radiowym nadającym po polsku. W reżimowych mediach Wałęsa i “Solidarność” nie istnieli i nie mieli prawa istnieć, chyba, że politbiuro uznało za stosowne, by im przyłożyć. Wówczas wystarczyło umieścić w serwisie PAP stosowny artykuł. Wszyscy, absolutnie wszyscy naczelni wszystkich gazet codziennych, cerntralnych i regionalnych, doskonale wiedzieli, co z tym zrobić. Żaden, absolutnie żaden nie śmiałby zmienić  jednego słowa, choćby chodziło o ewidentny błąd gramatyczny. Radio dostawało odpowiednio krótszą wersję — w politbiurze nie mieli do radiowców tyle zaufania, by pozwolić im na samodzielne streszczenie wersji dla gazet.

I takie rzeczy trzeba wyjaśniać? Okazuje się, że trzeba… Może zatem przypomnę jeszcze, że wszystkie gazety były rządowe, istniała tylko rządowa telewizja i radio, a jedyne w miarę niezależne pismo, “Tygodnik Powszechny”, było regularnie masakrowane ingerencjami cenzury. Nie było Internetu ani komórek, zaś telefony stacjonarne (skądinąd dobro rzadkie) mogły być na podsłuchu. W skrajnych przypadkach, gdy czerwony chciał utrudnić rozprzestrzenianie się jakiejś wieści — były wyłączane. Zupełnie jak dzisiaj, prawda?

46 thoughts on “Kropla w kroplę 2

  1. Ależeś dał czadu! Oszukałeś jakieś 60%-80% populacji, bo także tych, co już żyli, ale byli za mali, żeby czytać gazety (np. ja). A domowe archiwum zawiera co prawda gazety (lub czasopisma) z tamtego okresu, ale tylko z wydawnictw podziemnych. Ponieważ jednak z poziomu podłogi widziałem ruchome obrazki na telewizorze, skojarzyłem, że gang Piotrowskiego pokazywali na ławie oskarżonych – przez co nawet przez 2-3 sekundy uwierzyłem w Twoją historyjkę, zanim nie przeprowadziłem sobie podobnego wywodu, jak Ty powyżej (znaczy, zapomniałem o dystrybucji oraz nie znałem procedury zatwierdzania tekstów do druku w redakcji, ale cenzora łatwo sobie przypomnieć).

    Na poziomie political fiction zastanawiam się, czy podobny scenariusz nie byłby możliwy w momencie np. intensywnej walki frakcyjnej wewnątrz Partii? No, scenariusz na poziomie Forsytha, który nigdy w komunie nie mieszkał, ale ja też już połowę życia żyję poza komuną i może mi się trochę pomięszało?

  2. to może i ja coś napiszę. po przeczytaniu … gdzieś tak … połowy pierwszego akapitu pomyślałem – leski, kocham cię i roześmiałem się … szczerozdrowym śmiechem [tu żaden emot, czy ikona, nie jest potrzebny]

    no właśnie – potrzebny czy potrzebna?

        1. Aha, wilczy bilet. To tłumaczy, dlaczego już przynajmniej dwa miejsca (wPolityce.pl i GP) natychmiast zaoferowały Gmyzowi zatrudnienie, jeszcze zanim został oficjalnie zwolniony z “Rzepy”. Faktycznie, koszmarny los.

            1. trzykroki – to zabawne: zanim jeszcze Gmyz naprawdę wyleciał, prawactwo oglosiło, że dostał wilczy bilet. I jeśli Gmyz np. nie zechce pracować tam, gdzie prawactwo by go widziało, to “wilczy bilet” się potwierdzi?

  3. w częsci pierwszej zabrakło mi wspomnienia o tym,jak oddziały ZOMO ochraniały kilkusetosobową manifestację w obronie wolnosci słowa.
    Brakuje mi także patriotycznych i bohaterskich gestów ludzi nie zgadzajacych się na zastaną rzeczywistość.na wieść o morderstwie Popiełuszki wstępowali do opozycyjnego ZSL.

    DTV jak zatrzymywali to pokazywał oczywiście bezdebitowe wydawnictwa ( kiedys pokazano książke Tischnera i część populacji pomyslała ,że go zgarnęli ) ale także i OBOWIĄZKOWO 4 lub 5 flach wódy plus szklanki .Taki widok wzbudzał bo wóda była dostępna na kartki pól litra na łeb dorosłego na miesiąc.

    Obowiązkowo też pokazywano obok wódy RFNowskie marki , bo na żołdzie niemiecko-faszystowskim ta opozycja.

    Zawsze w tamtych latach sobie wyobrażałem , jak komus się cos pojebie i pokażą NRDowskie marki w DTV.

    1. Coby się utrzymać w klimacie: gnojkiem będąc i widując non stop takie obrazki w DTV pamiętam moje przemyślenia że kurna w domu tyle tej bibuły poutykanej wszędzie a tych dolarów to jakoś nawet na najmniejsze klocki lego nie ma 😀 Flachy mnie jeszcze wtedy nie inspirowały ale dolary i owszem. Coca Colę można było kupić na ten przykład.

  4. Pamiętam artykuł z Przeglądu Technicznego z drugiej połowy ’80r. o tym, jak to w samochody m-ki Tarpan psują się bo są licho wykonane, jak to trzeba wozić worek cementu z tyłu, żeby nie zarzucały na zakrętach oraz o tym, jak to przyczepka do takiego pojazdu potrafi się “sama” oberwać i pojechać w świat i jak to prosto od producenta trzeba jechać z nim do serwisu licząc na to, że nie popsuje się po drodze. Wcześniej to było niewyobrażalne, żeby w reżimowej prasie pojawił się artykuł krytykujący ot tak, po prostu i z grubej rury, eksportowy produkt zakładów Polmo 🙂 Dziś to jest niewyobrażalne, żeby w ogóle to był temat do wspominania 😉

    1. Wentyle, zwłaszcza w pismach niszowych, były zawsze stosowane, cenzura coś puszczała, by stworzyć wrażenie, że nie jest aż tak zamordystycznie. Ocvzywiście wentyle na miarę czasów. Za dość późnego Gierka tygodnik “Sportowiec” zamieścił duży tekst o gimnastyce akrobatycznej. Dokładniej, o klubie z Dolnego Śląska, którego czwórka męska regularnie wygrywała mistrzostwa świata. “Sportowiec” ujawnił, że wszyscy kolejni “szczytowi” (ci ze szczytu piramidy, leciutcy, zwykle 14-15-latkowie) w wieku lat 18 siadali na wózek inwalidzki na zawsze.

      W NRD coś takiego nie mogłoby się ukazać. U nas owszem.

      1. Był taki dwutygodnik “Życie Gospodarcze” (ukazywał się w latach 1945-1998) pokazujący, dla czytelnika obeznanego z ekonomią absolutny burdel gospodarki centralnie sterowanej. Stefan Kisielewski “Kisiel” namiętnie to studiował.

          1. Dobra, nich Stefan sam wyjaśni:

            “12 stycznia 1969
            W zimnym pociągu czytałem pilnie “Życie Gospodarcze”. Będę je abonował, znakomicie oddaje ono (dla umiejącego czytać) bałagan i zawiłość naszej gospodarki, w porównaniu z którą bodźce i prawa kapitalizmu wydają się klarownie jasne i przejrzyste. Jak to się stało, że w tak krótkim czasie narosłą owa dżungla absurdów? No i ów nieustannie akcentowany “egalitaryzm” – gdy się ma do wyboru intensywniejszą produkcję lub ścisłe stosowanie zasady, aby nikt się nie wzbogacił, niechybnie wybierają to drugie. Wobec czego ludzie bogacą sie na lewo lub, jak chłopi, pracując w kilku sektorach naraz (“chłopo-robotnicy”). Szkoła nieuczciwości społecznej, oto czym jest ta doktryna.”

            Steran Kisielewski Kisiel “Dzienniki”.

      2. @ Krzysztof Leski/ Wentyle
        Jakby bardzo głęboko poszukał, to gdzieś w domowych papierach znalazłbym słynną tabelkę wydrukowaną kiedyś przez Życie Warszawy (?) z której można było – łącząc prawie dowolnie słowa – utworzyć nieomal każde ówczesne oficjalne przemówienie.
        Nie jestem pewien czy publikacja nie była w czasach karnawału Solidarności.
        Inny czas…

          1. Z cyklu “Dyskretny urok prasy socjalizmu”:

            “23.04. 1969
            Może nie należy czytać tak dużo pism polskich, jak ja to robię, bo świadomość absurdu byłaby wtedy mniejsza? Na przykład gdy w jednym piśmie czytam artykuł, że ze względów ideowych trzeba zniszczyć prywatnych rzemieślników-producentów za dużo zarabiających, a drugim piśmie, że rzemieślnicy ci wytwarzają dla państwowego przemysłu 2 tysiące gatunków różnych śrubek, bez których produkcja może stanąć, to zaczynam się czuć jak w domu wariatów i zastanawiam się, czy istnieje w tym kraju ktoś nadrzędny, kto przeczytawszy oba artykuły wyciągnie z nich jakiś wspólny wniosek? Bo albo planowanie, albo przypadkowość, ale i planowanie, i przypadkowość to trochę za dużo jak na normalne ludzkie pojmowanie? Może więc lepiej czytać tylko jedno pismo, aby zachować jaką taką przytomność? A my narzekamy, że prasa u nas jednotonna!”

            Steran Kisielewski Kisiel “Dzienniki”.

    1. @ Tadeusz Zawadzki/ link do Geniusza
      Powiem jak prokurator:
      “red. Gmyz stwierdził był, iż sposób jego zwolnienia WYGLĄDAŁ jak działalność komisji weryfikujących dziennikarzy w stanie wojennym.”
      – a nie powiedział, że BYŁ zwolnieniem jak w stanie wojennym.

      A że jestem przekonany, że logiki pana Szeląga nie będziesz Geniusz kwestionował – to powiem, że nie ma racji ze swoją tezą o nieobecności redaktora Gmyza w programie Jana Pospieszalskiego.

  5. Przeczytałem datę druku jako 1995. Wzruszyłem ramionami – ustawka Wałęsy przed wyborami prezydenckimi. Zdziwiła mnie Trybuna Ludu. Ale pomysł ataka na Kiszczaka w 1985, w oficjalnej prasie, komentowanego w TVP, był na tyle absurdalny, że nie przyjąłem do wiadomości cyfry “8”. Gdzieś między oczami a jaźnią zamieniła się na “9” – i gdyby nie notka objaśniająca tak by już zostało.

    Brakuje gier, filmów, powieści – opisujących realia życia w peerelu “jak chłopu na wsi”. Bez zakładania, że odbiorca “wie i rozumie”. Zachodzę w głowę, jak postpeerelowskie pokolenie odbiera filmy Barei. Czy jest w stanie zrozumiec o co chodzi w skeczach Fedorowicza o “Dyrekcji Cyrku w Budowie”.

  6. Pierwsza część tekstu ‘zabrzmiała’ w moich oczach niestety wiarygodnie. A przecież pamiętam tamte czasy jak dziś.

    Po smoleńskich wymianach ciosów pt. mgła, hel, meaconing, dobijanie rannych, strzelanina z BOR-em, zamach, bomba próżniowa, bomba paliwowa, pancerna brzoza, fałszywe naprowadzanie, wieża kontroli w Smoleńsku niczym chata dziada Nargula, etc, etc, trochę utraciłem wrodzoną czujność dziejową i zrobiłem się dość otępiały, nawet na jawne głupoty. Na szczęście nie tak do końca.

    Czerwoną lampkę z tyłu głowy zapalił brak cytatów z wypowiedzi ówczesnego niekwestionowanego lidera niepodległościowej opozycji i duchowego twórcy ideii Solidarności – Jarosława Kaczyńskiego. Bowiem gdyby stało tam, że legendarny przywódca Polski Podziemnej – Jarosław, z otmętów najgłębszej konspiracji wygłosił płomienne orędzie do Narodu, w którym wziąwszy w obronę wyrzuconych dziennikarzy i potępiwszy w czambuł morderców z PZPR ogłosił społeczeńswu rozpoczęcie odwetowych prac zmierzających w przyszłości do rychłego rozpadu Związku Sowieckiego.

    Gdyby to w tym pierwszym tekście stało, to już do reszty bym uwierzył.
    No przecież wiecie Państwo jak to potem było. Związek się rozpadł. I z tego tekstu jasno by wyglądało kto to rozmontował.
    I tego się trzymajmy ;]
    Dobranoc

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.