Klaus cenzorem?

Nie. Zatem dziennikarze — głupcami? Tak. Czeski prezydent nie jest moim idolem, ale tym razem oberwał za niewinność. Kolejne potwierdzenie degrengolady mediów, których gotowość do zgłębienia tematu jest równa tej z magla, ale pożądanie sensacji — dużo wyższe.

Vaclav Klaus świeżo przyjmował Dmitrija Miedwiediewa. Dziennikarzy poinformowano, że na wspólnej konferencji prezydentów mają nie pytać gościa o rosyjskie wybory. No i wybuchł straszny skandal. W Czechach, w Polsce i kto wie, gdzie jeszcze. Jakiś czeski reporter zapewnia korespondenta PAP, że to Klaus chciał ochronić Miedwiediewa i “nic takiego wcześniej się nie zdarzyło”.

Otóż owszem, zdarzało się wielokrotnie i wszędzie, także w krajach o takich tradycjach demokratycznych, jak Wielka Brytania czy USA. To denerwujący dla mediów, ale normalny element dyplomacji. Tak, dyplomacji, bo do diabła – podejrzewam na pograniczu pewności, że to nie Klaus wymyślił owo ograniczenie.

Zanim VIP takiej rangi wsiądzie do samolotu, program jego pobytu na obczyźnie musi być dopięty na ostatni guzik i uzgodniony przez obie strony. Obejmuje to takie szczegóły, jak skład witających na lotnisku i kolejność ich prezentacji, nawet jeśli powitanie oficjalne planowane jest później i gdzie indziej.

Tym bardziej zatem uzgodnienia obejmują wszelkie spotkania z mediami. Wspólne czy osobne? Dla mediów wszystkich, tylko elektronicznych, czy tylko gazetowych? A może tylko narodowe agencje, bo i tak bywa? Do wspólnych spotkań dopuszcza się media światowe lub tylko z dwóch zainteresowanych krajów, do osobnych — czasem nawet tylko z jednego kraju. To jeszcze nie znaczy, że można będzie pytać: częstym obyczajem są oświadczenia dla mediów, minuta dla fotoreporterów i koniec.

Ograniczenia tematyczne są dość rzadkie, ale też nie są niezwykłe. Już sam dobry obyczaj każe unikać na wspólnej konferencji pytań o wewnętrzne sprawy jednego kraju, bo drugi VIP może się tylko głupawo uśmiechać. Czasem trzeba mediom ogłosić, że jakiś temat jest niepożądany. Gdy u progu lat 90. obsługiwałem dla “Wyborczej” i “The Daily Telegraph” mnóstwo wydarzeń światowej rangi, rzecz była całkiem oczywista dla Brytoli, Amerykanów,  Niemców, a nawet Francuzów, zaś ludzie z bylego bloku uczyli się pilnie zamiast krzyczeć o cenzurze. Interes jest bowiem obopólny.

Jasne, taką ni to prośbę, ni to zakaz można złamać. Co wtedy? Dziennikarz nie zostanie więcej zaproszony przez urząd, którego zalecenie zlekceważył. Sankcje mogą objąć całą redakcję, jeśli nie wyciągnie konsekwencji wobec dziennikarza. Jeśli z kolei urząd gospodarza nie wprowadzi takich sankcji, oznacza to już konflikt dyplomatyczny, który odbije się na stosunkach dwustronnych.

Było więc najpewniej tak: ludzie Miedwiediewa zażądali, by pytań o wybory nie było. Klaus mógł odmówić, co oznaczałoby brak wspólnej konferencji prasowej, a być może w ogóle brak spottkania Miedwiediewa z czeskimi mediami  (strata i dla rangi wizyty, i dla mediów). Kiedyś media rozumiały, że nie zawsze można mieć wszystko. Dziś każde najdrobniejsze ograniczenie uznają za “cenzurę”. Nie rozumieją niczego, nie wiedzą też, że ograniczenia tematyczne są półoficjalne: nie wolno cytować urzędników je przekazujących, ale wolno napisać lub powiedzieć, że takowe istniały.

Cóż, jakie media, taki skandal. Na szczęście nie zawsze. Najnowszy wydaje się prawdziwy, choć żałuję, że Polskie Radio i “Fakt” nie cytują źródła czyli zarządzenia ministra finansów. Wygląda jednak na to, że min. Jacek V.R. mógł istotnie nakazać usypianie psów. W ciągu paru minut po wrzutce na Twittera rzecz podchwycili dziennikarze większości mediów, rzecznik SLD, a nawet  Charles Crawford, sławny w Polsce, odkąd ponoć redagował berlińskie wystąpienie min. Radka S. Będzie wielka burza.

6 thoughts on “Klaus cenzorem?

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.