Jego wielki dzień

Dziwne: w necie nie ma po tym niemal śladu. Milczy wikipedia. Nie wspominają biogramy. Nie mówią o tym ci, którzy dziś Go wspominają. A przecież w gruncie rzeczy to ten dzień, 19 sierpnia 1989, jest najlepszym symbolem przełomu pod nazwą “pierwszy niekomunistyczny premier w bloku sowieckim”. Ten, bardziej niż dwa dni wcześniejsza koalicja OKP z ZSL i SD lub powołanie sejmowe Tadeusza Mazowieckiego (24 sierpnia) i Jego rządu (12 września).

Czułem przymus, by o Nim napisać, choć nie stać mnie ani na panegiryk, ani oczywiście inwektywy. I czuję potrzebę, by opisać ów dzień, 19 sierpnia, który był w światowych mediach równie głośny, jak 5 kwietnia (porozumienie Okrągłego Stołu) czy 4 czerwca (wybory). Dzień przedstawienia kandydata na premiera. Polsce i światu. I zaiste w światowych mediach była to absolutna czołówka.

Ufam, że nie jestem narcyzem, lecz więcej będzie w tym tekście o mnie niż o Tadeuszu Mazowieckim. Wspominam dzień, wydarzenie, zjawisko, tak jak je widziałem, z perspektywy dość specyficznej, bo chyba wtedy wyraźnie poczułem, że choć to “moja” rewolucja, nie jestem już jej bojownikiem, lecz człowiekiem mediów.

“Gazeta Wyborcza” płaciła dziennikarzom, ale zrazu nie były to krocie. Gdy więc 17 sierpnia Lechu, trzymając za ręce dwie dotychczasowe marionetki PZPR, ogłosił koalicję i zapowiedział publiczną prezentację kandydata na premiera za dwa dni, gdy świat zawrzał, wszystkie redakcje na gwałt słały do nas ludzi i sprzęt, szukały tłumaczy i przewodników — łatwo dałem się skusić propozycji TF1. Za spędzony z nimi dzień dostać miałem… nie pamiętam, ale coś rzędu miesięcznej pensji z “Gazety”. Nie bez niejakiego trudu dostałem w “Gazecie” dzień wolny. 19 sierpnia ruszyliśmy z Warszawy o świcie.

Francuzi wynajęli orbisowskiego forda sierrę 1.8. Innych wypożyczalni chyba jeszcze w Polsce nie było. Prowadził kamerzysta, ja z dźwiękowcem siedzieliśmy z tyłu. Nie pomnę imienia ni nazwiska reporterki. Pamiętam, że była miła, a jej bierny angielski okazał się lepszy od mojego czynnego francuskiego, więc wbrew wcześniejszym ustaleniom stanęło na tym, że będę tłumaczyć na angielski.

Prezentacja mogła się odbyć tylko w jednym miejscu: u ks. Jankowskiego, na schodach plebanii św. Brygidy, tam, gdzie “Solidarność” często przeżywała swoje wielkie, ale i smutne chwile. Dawno tam nie byłem, ale wg satelitarnej mapy dziedziniec plebanii się nie zmienił. Gdy tam dotarliśmy, wciąż rankiem, na kilkuset metrach kwadratowych kłębiło się ze 200 osób. Dziennikarze i działacze. Bez przerwy przybywali nowi. Wkrótce było pewnie koło tysiąca i coraz trudniej było się ruszyć.

Kompletnie nie pamiętam, jak długo czekaliśmy, ale musiało to być ładnych parę godzin. Nie można było pójść po coś do jedzenia i picia, ani do kibla, by nie stracić miejscówki. Nasza była niezła, może pięć metrów od barierki schodków plebanii. W tłumie ludzi i sprzętu co chwilę dochodziło do kłótni, bo ten temu zasłania, tamten się rozpycha, ci tu nie stali, a tamci i owszem. Najwięcej wrogów mieli fotoreporterzy i kamerzyści stojący na stołeczkach lub przenośnych drabinkach. Ale stać musieli, by w każdej chwili jąć uwieczniać historię. Każde otwarcie się drzwi plebanii powodowało skok napięcia, które za chwilę przygasało: to tylko ruch lokalny. To nie ONI.

Pamiętam jedną całkiem poważną bójkę dwóch takich, stojących obok siebie na drabinkach. Tłukli się nie schodząc z drabinek, co przypominało mieszankę cyrku, kabaretu i walk gladiatorów. Jeden był chyba z amerykańskiej telewizji, drugi z niemieckiej. Ucierpiała któraś z kamer, które i wtedy kosztowały po kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Skończyło się jednak na sińcach, bez krwi, bo tłum nie mógł pozwolić na większe zamieszanie, które uniemożliwiłoby wykonanie zadania, gdy nadejdzie czas.

Wstyd mi, lecz nie pamiętam niemal nic z samej prezentacji. Nagle któryś kolejny alarm okazał się prawdziwy, w drzwiach pojawili się Wałęsa, Mazowiecki i ks. Jankowski. Lechu coś powiedział, Mazowiecki przemawiał dłużej, ksiądz chyba też. Nie pamiętam ani słowa, a przez kwadrans nie zdołałem wyguglać, bo jako rzekłem, nie ma właściwie śladów samego wydarzenia. A było to święto na miarę 4 czerwca. Dzień kolejnego cudu. Koniec komunizmu. Wielki dzień Tadeusza Mazowieckiego i Polski w mediach całego świata.

Wracaliśmy w stylu Burta Reynoldsa z “Bandyty”, by zdążyć zmontować materiał i wysłać go łączami zamówionymi na 20.00. Kamerzysta wyprzedzał na trzeciego i czwartego, przyspieszał do 170 na trójce, olej zużyliśmy zapewne cały. Z okolic św. Brygidy do TVP na Woronicza dotarliśmy w 2:50h, choć był to sobotni wieczór i ruch dość spory jak na owe czasy, a takich wariatów ruszyło z Gdańska jednocześnie kilka tuzinów.

Nazajutrz wróciłem do “Gazety”. Po drodze nie musiałem zaglądać do kantoru, co było konieczne natychmiast po każdej krajowej wypłacie, by pokonać inflację. To honorarium było w walucie.

PS. Dostałem na twitterze kilka uwag, że to musiała być niedziela 20 sierpnia, a nie sobota 19. Dowody mi się nie otwierają, ale wierzę. Coraz gorzej z pamięcią, a zdawało mi się, żem w kwestii daty pewien swego. Tak czy inaczej, śladów w necie niemal brak, więc warto było skrobnąć.

6 thoughts on “Jego wielki dzień

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.