Cudowny Dzień IV

Tak, trzy odcinki już były. Same zapowiedzi. Dorównałem PiS w obiecywaniu czegoś, czego nie umiałem spełnić, bo nie miałem siły, czasu, głowę miałem pełną innych pomysłów, a także zmartwień. Pierwszą obietnicę złożyłem, gdy przytrafił mi się super dzień, ale byłem zbyt zestresowany zachowaniem kota, którego jeszcze nie rozumiałem. Zamiast opisu dnia zamieściłem więc płomienny apel w sprawie kota.

Zanim przyniósł efekt, wrzuciłem tu kolejną obietnicę, by znów przejść do opisu sytuacji w domu. Była niewesoła. Gdy zaś apel przyniósł efekt i udało mi się ustabilizować sprawy życiowe, zastrajkowały klawiatury. Obie. Pozostało złożyć kolejną obietnicę i czekać na nową klawiaturę. Wtedy zaś nadeszła przymusowa hospitalizacja i przez trzy tygodnie byłem odcięty od Cudownych Dni oraz komputera.

Taki dzień, jak 15 września, może zacząć się drobiazgiem. Spałem długo, wyspany sprawdzam wieczorne wyniki: Barca, choć bez leczącego się wciąż Messiego, dołożyła Valencii 5:2. Wychodzę z mieszkania, winda już na mnie czeka, choć to budynek-gigant, zwykle to ty czekasz na windę, nawet 3-5 minut. W sklepie obok jest chłodnik (różnie z tym bywa). Wybieram się do Mateczki, idę na przystanek 157, nie mogę znaleźć telefonu, więc pytam, która godzina. Młoda dziewczyna, zamiast – jak to często bywa – odsunąć się na bezpieczną odległość, odpowiada mi z uśmiechem.

157 zjawia się planowo. Nie mam jednak biletu. Wsiadam i dzwonię do Młodego, by w wolnej chwili poszukał na Kabatach mej legitymacji “kombatanta” (uprawnia do bezpłatnych przejazdów w Warszawie). Młody, rzadkość, odbiera od razu. Rozmawiamy 20 minut, gdy on jednocześnie szuka legitymacji. Nie znajduje, ale to w tej rozmowie pada fraza “Coś Ci jestem winien za te 20 lat”, która uszczęśliwia mnie ogromnie. Ok, to nie jest drobiazg, to jest To, Co Najważniejsze. Z wrażenia nie mogę znaleźć guzika otwierającego drzwi, ale kierowca sam mi je uprzejmie otwiera.

Uskrzydlony wsiadam w 518, który podjeżdża natychmiast. Najpierw siadam, bo to jeszcze kawałek, potem rozważam zakup biletu. Obok para młodych, ok. 25 lat. Nieśmiało pytam, czy w biletomacie działa karta. On okazuje się bardzo rozmowny, ona uśmiecha się olśniewająco, przez kwadrans dostaję sporą porcję informacji, jak poruszać się w Białołęce, w której z wyjątkiem paru miesięcy 1982 roku bywam zaiste rzadko. Kochani, obiecałem Wam, że skrobnę o Was na blogu. Dotrzymałem obietnicy po dwóch miesiącach, a to tak, jakbym jej wcale nie dotrzymał. Przepraszam.

c.d.n.

One thought on “Cudowny Dzień IV

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.