“Agonia”

Miażdżący triumf Leszka Millera budzi we mnie, jak w wielu, uśmieszek złośliwej satysfakcji. Miło było patrzeć, jak niemiła mi partia urządza regularną łapankę na kandydatów na szefa, a nie znalazłszy nikogo odwołuje się do człowieka, który raz już ją doprowadził do klęski, a potem szukał szczęścia w konkurencyjnym ugrupowaniu o wyjątkowo wątpliwej proweniencji. Tak, SLD jest, potocznie mówiąc, w rozsypce. Ale tylko potocznie mówiąc. To nie jest agonia, którą widzi wielu obserwatorów i polityków. Sojusz nie zejdzie ze sceny jeszcze przez kilka dekad.

Palikot i Miller mówią wiele o lewicy. Były prezydent żąda, by obaj połączyli wysiłki na rzecz odbudowy tejże. Obserwatorzy usiłują zgadnąć, kto jest atrakcyjniejszy dla “elektoratu lewicy”. Owszem, i ja używam słowa “lewica”, by ogólnie opisać tę stronę sceny. Czynię to jednak świadom, że właściwie nie wiadomo, co słowo to dziś znaczy — i w Polsce, i na świecie. Państwo opiekuńcze, polityka socjalna? Elektorat czuły na te nuty od dawna propagandowo zagospodarowało w Polsce Prawo i Sprawiedliwość. Sprawy obyczajowe, liberalizm moralno-trawkowy? Owszem, tu ostatnio panuje Ruch Palikota.

Ale jest coś jeszcze, coś, co wyróżnia elektoraty w krajach byłego bloku sowieckiego i czyni ich “lewą” stronę nieporównywalną z Europą Zachodnią. To nostalgia. Wybiórcza pamięć, odpychająca puste półki i pełne więzienia, a zachowująca dość niskie ceny oficjalne i sztucznie pompowane zatrudnienie — pozwala wielu wzdychać do czasów “bezpiecznych”. Czasów, w których, co może ważniejsze, człowiek rzadko stawał przed poważnym wyborem, bo większość decyzji podejmowało za niego państwo. A to zaiste dla wielu wartość niemal bezcenna.

Często słyszę, że ten elektorat wymiera, że z przyczyn naturalnych lada chwila zniknie. Absurd: od 1989 minęły raptem 22 lata. Jeszcze w 2040 istnieć będzie znacząca grupa Polaków wierzących, że za PRL było lepiej. Co więcej, wiara ta bywa dziedziczna, co widać i słychać choćby w wypowiedziach niektórych działaczy lewackich młodzieżówek. Jest zaraźliwa, rozprzestrzenia się łatwo w środowiskach nastawionych roszczeniowo, a tych nigdy nie zabraknie.

Jestem daleki od tezy, że nostalgia za PRL dotyczy owej połowy Polaków, którzy wciąż wierzą, że stan wojenny był “potrzebny”. Ale te sondażowe wyniki też dają do myślenia. Nie każdy ogarnięty nostalgią czyni z niej główny motyw zachowań wyborczych. Miller może jednak na razie spać spokojnie. Elektorat “nostalgiczny” jest wciąż liczny — i nie ma żadnego wyboru poza SLD. Niejedną jeszcze dekadę zapewni swojej partii przetrwanie, przepychając ją ponad próg wyborczy i zapewniając subwencję z budżetu.

PS. Godz. 21.00 – na Twitterze pojawia się wpis rzecznika SLD Tomasza Kality, jakoś współgrający z moim postem. Człowiek wszak ledwo pamięta PRL…

Po Konwencji SLD troche luzu. Kolejna kawiarnia z rodowodem z PRL – Cafe Amatorska na NS. Moja ulubiona.:)

6 thoughts on ““Agonia”

  1. Pewnie będzie cholernie nie na temat, ale w diabły z tym.
    Nie mam pojęcia, co kto z PRLu pamięta, gdzie nostalgia kieruje.
    Moje decydujące wspomnienie z samą polityką wspólnego ma mało.
    Łaziłem za grzybami na skraju miasta. Górą szła autostrada do granicy. Usłyszałem samochód i zacząłem się wspinać. Nic więcej nie jechało, więc zadarłem głowe i zobaczyłem ptaki. Leciały dokładnie na drugą stronę. One mogły, a ja nie. Chyba nigdy nie czułem się tak zamknięty. Stojąc w miejscu, gdzie horyzont sięgał dalej niż moje kiepskie oczy.
    Rożne są ustroje i komuna głupoty nie opatentowała, lecz właśnie to jedno wspomnienie starczy, by nostalgia pokierowała mnie w stronę przeciwpołożną do SLD, spadkobiercy tamtych.
    Bo moja nostalgia była inna i wbrew definicji Wiki zamknięcia w granicach nadal nie lubi.
    Ukłony

  2. Panie Krzysztofie, nostalgia nie wymiera i jest dziedziczna, zgoda. Czy jednak na pewno ten elektorat “nie ma żadnego wyboru poza SLD”, jak pan pisze? Mam co do tego wątpliwości. Utożsamianie starych dobrych czasów z SLD nie jest już chyba tak trwałe, jak sama nostalgia. Najwierniejsi wyborcy partii postpezetpeerowskiej wywodzili się zawsze, jak mi się wydaje, z “prlowskiej burżuacji”. To inna “warstwa społeczna” niż robotnicy tęskniący za stabilizacją. Ta burżuazja ma dziś nowego bohatera, Palikota (inna sprawa, czy Palikot nie zgaśnie równie szybko, jak zabłysnął).

    Ponadto, nostalgia nie dotyczy tylko wymienionych przez pana kwestii ekonomicznych. To także nostalgia za inną polityką w sferze kultury, działań propaństwowych (wielu pewnie uzna to twierdzenie za herezję).

    1. To także nostalgia za inną polityką w sferze kultury

      Mam przykład tej innej polityki w sferze kultury:

      Zebranie sekcji prozy Związku Literatów Polskich Anno Domini 1954

      ” Po południu zebranie sekcji prozy Związku Literatów. Jeżeli ktoś chce się utrzymać w związku, lepiej, żeby przychodził: lista obecności wykładana jest do podpisania.
      Te zebrania mają cel dwojaki. Po pierwsze, mają pouczać pisarzy, jak mają pisać. Zaprzedani konformiści mogą ewentualnie ciągnąć z nich korzyści instruktażowe, ich usprawniony dydaktyzm może pomóc w konstruowaniu tekstów do natychmiastowej sprzedaży. Po drugie, i to jest ważniejsze, pozwalają wygadać się pisarzom trapionym przez obiekcje. W “swoim” gronie, przy drzwiach zamkniętych. Bezpieczne wentylowanie smrodliwych frustracji bez zatruwania nimi społeczeństwa , kanalizowanie i odprowadzanie nieczystości myśli w cuchnące błotko izolowanej od narodu literackiej kloaki.(…)
      I jest mi tak ciasno, jak wyobrażam sobie, że musi być pod pręgierzem: wydaje mi się, jakbym sam sobie się przyglądał – sobie wmontowanemu w śmiesznie upokarzająca, fizycznie upośledzającą pozycję ciała, mózgu, samopoczucia. Już dziś chciałem wyskoczyć i krzyczeć:”Ludzie! Opamiętajcie się! Idiotyzm i wazelina to magiczny preparat! Zmienia nas w glisty!” Pastwiono się nad niejakim Konwickim – młodym literatem, posłusznym i oddanym członkiem Partii i wszelkich jej młodzieżowych przybudówek. Napisał opowiadanie o miłości. Ze wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustanna mowa o proletariacie. A jednak okazało się nie “takie”. Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar – Melania Kierczyńska, Adam Ważyk – informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie o tym co to jest spółkowanie – dojrzałe, klasowo odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne. Ta Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, na oko koszmarny zlepek wyschłych kości i brodawek, która w życiu wypełnionym walką o socjalizm, i przy swojej urodzie, kutasa widział chyba tylko w atlasie anatomicznym, pouczyła nas, że zdrada małżeńska jest przeżytkiem kapitalizmu i zniknie w nowej erze. Noweli Konwickiemu już chyba nie wydrukują: twarze partyjnych wieszczów i mędrców pokryły się starczym wypiekiem pod wpływem tematu, audytorium jakby spuściło się przy pomocy branzlu o Wedekindach i Havelockach Ellisach, odwiecznych symbolach ich bezzębnej seksuologii, czyli Konwickiego niezdarny produkt może iść na złom bez zatruwania zajętego odbudową Warszawy narodu. Litowałem się nad sobą, nie nad Konwickim; ten ma w końcu, co sam chce, o co się stara i walczy; zresztą odpowiednie komórki zawsze podsuną mu parę złotych, z głodu nie zginie, póki ma partyjną legitymację w kieszeni. Ale ja?”

      Leopold Tyrmand“Dziennik 1954, Warszawa 1989, wydanie krajowe I ofi., str. 115-116.

      1. Przykład o niezbyt dużej sile rażenia, bo raz, że czasy bardzo stare pan przywołał, dwa, że z tym dziennikiem Tyrmanda to różnie bywało, zdaje się, autora podejrzewa się o pewną dawkę autokreacji, a wersję oryginalną opublikowano dopiero w 1999. Ale to nieważne, bo ja przecież nie mam zamiaru przeczyć oczywistościom o PRL-U, o przewodniej sile narodu, niepodważalnym sojuszu, cenzurze itp.

        Jednocześnie, nawet w tychże latach pięćdziesiątych, pod koniec, powstały takie filmy, jak “Pociąg”, “Pożegnania”, zaraz potem “Nóż w wodzie” – jedne z najlepszych filmów w historii kina w ogóle. W “Pożegnaniach” uderzająca jest zresztą swoboda i otwartość, z jaką Has mówi o powojennych przemianach w Polsce, tak jakby cenzura nie istniała.

        Lata 60-te, 70-te, wiadomo, ogromna ilość znakomitych produkcji filmowych i telewizyjnych. Nie będę wymieniał, bo one są bardzo dobrze znane, aż za dobrze – lecą dziś w kółko w tv, wydaje się je na dvd w seriach, dołącza do “Pani domu” i “Mojego psa”, do zarżnięcia. W latach 80-tych Łomnicki grał genialne przedstawienia w Studio (w Pałacu Kultury, a jakże). Nie ma się więc co dziwić nostalgii, bo dziś porównawczo jest o wiele słabiej.

        Często nie zwraca się uwagi na fakt, że kultura III RP (i nie tylko kultura) długo jeszcze konsumowała dobra wytworzone w PRL-u i w dużej mierze dzięki temu utrzymywała się na jakimś poziomie. Tak jest do dziś choćby z “polską szkołą operatorską”, tak było z Teatrem Telewizji, który przez te 20 lat jeszcze jakoś ciągnął, coraz słabiej, aby wreszcie skończyć na “Boskiej” Jandy.

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.